A więc tak... jestem ... ee... ach tak, śmierciożercą. Boże, to straszne! Co ja narobiłam?! Przecież jestem prefektem, a właściwie byłam, powinnam dawać przykład innym, a ja... uciekłam tak po prostu i jestem sługą jakiegoś człowieka... jeśli on jest człowiekiem. Jego twarz ... nie chcę o tym myśleć, robi mi się niedobrze.
Jej! A co z James'em ?! Przecież zostawiłam go w Trzech Miotłach i na dodatek napił się Amortencji! Kocha mnie, ale nie może ze mną być! O nie, teraz to już muszę wrócić! Chociaż poznałam tutaj całkiem miłego chłopca... Taak... George, jego blond włosy i niebieskie oczy... to jest mój ideał. No, i on też jest dla mnie taki miły i patrzy tak na mnie...
Nie, za dużo marzę. Przecież on jest zły! I ja w sumie teraz też. Och... jak ja tego żałuję ... Ciekawe czy można się stąd "wypisać".
Leżałam tak na trawie chyba z godzinę i rozmyślałam. Bonnie była gdzieś z naszym Panem, ale za bardzo mnie to nie obchodziło. Podszedł George.
- Hej, co tam ? - spytał mnie i uśmiechnął się prawie tak słodko, jak James.
- Nic ciekawego, rozmyślam sobie. Długo już tu jesteś? Znaczy... długo pracujesz dla Czarnego Pana?
- Hmm. Jakiś rok, a czemu pytasz?
- Z ciekawości, wiesz trochę żałuję, że tu jestem. Boję się i chcę odejść.
George wytrzeszczył oczy.
- Słucham?! Chcesz odejść?! To lepiej się zabij od razu! - " krzyczał cicho" - nie wyobrażasz sobie, w jaką furię by wpadł Voldemort, gdyby usłyszał, że ktoś chce od niego odejść! Ci, którzy tak zrobili, ukrywają się i nie wychodzą. Siedzą po prostu w domu latami, a potem zazwyczaj wariują.
- Nie! - jęknęłam, myślałam, że to jakiś koszmar, że niedługo się obudzę, wezmę książki i pobiegnę na lekcje. Lecz tak nie było. Już za późno. Teraz jestem jego własnością...
- Lavender, mam pytanie ... czy ... masz kogoś? - spytał nieśmiało George.
- Eee... nie, czemu pytasz? - zdziwiłam się.
- A nic, chciałem tylko wiedzieć. Lubię cię.
Na nieszczęście dla mnie, wszystko słyszała Bonnie. Właśnie wróciła, a my jej nie zauważyliśmy. Była tak zła, że ściskała tak czekoladową żabę, którą miała w ręce, aż się udusiła. Bonnie nie zwróciła na to nawet uwagi. Zawsze miała w nosie los innych.
- Cześć! - powiedziała ironicznie - może wam przeszkadzam, co? - była czerwona ze złości jak burak.
- Nie, my tylko rozmawiamy, nie rozumiem o co ci chodzi. - odpowiedziałam wymijająco.
- A o to, że nie jesteście tutaj, by sobie gawędzić, tylko wypełniać misje dla naszego pana! - krzyknęła głośno. Obserwowało nas już wtedy kilka śmierciożerców. Zawstydziłam się. Chciałam zakończyć już to - ten cały teatrzyk z ludźmi w ciemnych pelerynach, którzy mają swego lorda i robią to, czego on tylko zapragnie.
Następnego dnia obudziłam się bardzo wcześnie. Wszyscy jeszcze spali, więc wpadłam na pomysł.
- Hej, Bonnie! - szepnęłam, a ona się obudziła.
- Czego chcesz?! Jest tak wcześnie! - powiedziała z pretensją.
- Mam pomysł, chodźmy.
Wyszłyśmy z tajnej skrytki na powietrze. Zaprowadziłam ją nad rzekę, nie chciałam, żeby ktoś nas usłyszał.
- Wiesz co... ja nie chcę tu być. Chcę do Hogwartu, tam jest bezpiecznie, a tu? Jesteśmy takie młode! Co my wyprawiamy?! Więc teraz, gdy wszyscy śpią, możemy uciec. To nasza szansa, później takiej nie będzie.
- Chyba oszalałaś! Jak chcesz, to sobie idź! Najwyżej cię zabiją. Ja nie chcę ryzykować, jest mi tu dobrze. - powiedziała Bonnie. Słyszałam, że gdy mówiła ostatnie zdanie, powiedziała to jakoś niepewnie. Kłamała.
- Sama nie pójdę! - powiedziałam i postanowiłam, że odpuszczę. Prędzej czy później, zrozumie, ze robi źle... Oby tylko prędzej...
Następnego dnia zostałam w skrytce sama z Georgem i Bonnie. Ona była w nim zakochana, nawet głupi by to dostrzegł. Ale on... jakby odwracał się od niej, jakby wolał moje towarzystwo. Ona ciągle coś do niego mówiła, a on to ignorował. Ona się przytulała do niego " na żarty " , on uciekał z jej objęć.
W końcu stracił panowanie nad sobą.
- Ach, George, jaki ci ładnie w tej czuprynie, naprawdę, aż się dziwię, że nie masz dziewczyny. A te oczy... - powiedziała zalotnie.
- PRZESTAŃ JUŻ! ODCZEP SIĘ ODE MNIE W KOŃCU!
Zamurowało i mnie i ją. George wydawał się sympatycznym i nieśmiałym chłopakiem, aż tu nagle taki wybuch? Bonnie rozpłakała się i wybiegła. Poszłam za nią.
- Ej, no już, przestań płakać, to tylko chłopak. Może jest dziś w złym humorze? Nie martw się!
- Nie! Nie chcę go znać, to ja jestem dla niego miła, a on na mnie się wydziera?! Niedługo może mnie pobije! To koniec, odchodzę!
Wzięła swoje rzeczy i poszła w stronę lasu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz