poniedziałek, 14 maja 2012

Lavender.

Tak naprawdę miałam to gdzieś, że Peter mnie olał. Chciałam być po prostu miła, ale cóż mogę poradzić, że jestem dobrze wychowana? Specjalnie wkurzyłam się na Bonnie! O nie, już nie jestem milutką, grzeczniutką Lavender, mam tego dosyć, że każdy mnie tak postrzega.
         Luny w szkole teraz nie ma, jej tata, który pracuje w ministerstwie został zaatakowany w czasie pracy, nic jeszcze nie wiem, muszę wysłać list.
         Poszłam więc do sowiarni przez skrót.
- Gotowane Żuki.
         Przywołałam swoją sowę, i włożyłam list do jej dzioba.
Kochana Luno!
Zmartwiłam się tym, że tak nagle opuściłaś Hogwart! 
Mam nadzieję, że niedługo wrócisz, nie ma cię zaledwie dwa dni a tu tyle się działo! 
Niestety nie poszłam na nasz wymarzony bal, podobnie jak ty.
Zostałam trafiona zaklęciem przez przypadek i noc spędziłam w skrzydle szpitalnym.
Z opowieści, słyszałam, że nic się nie działo ciekawego, mam nadzieję, że na następny bal pójdziemy już razem, oczywiście z partnerami!
Nie chcę się rozpisywać, zapewne nie masz teraz głowy do pisania listów, ale jeśli będziesz miała czas, proszę, odpowiedz co dzieje się z twoim tatą!
Pozdrów go de mnie i całą swą rodzinę, trzymaj się
Lavender.
        Patrząc przez okno sowiarni, spojrzałam na boisko quidditcha. Trening mieli teraz gryfoni. Co prawda to nie mój dom, ale chyba popatrzeć mogę. Pobiegłam przez błonia i zajęłam miejsce w najwyższym rzędzie ławek.
       Mecz był bardzo ciekawy, najczęściej śledziłam swym wzrokiem szukającego, Harry'ego Pottera. Może to śmieszne, ale on jest naprawdę świetny! Trening trwał około 2 godzin, tyle spędziłam patrząc na gryfonów. Gdy skończyli, ja również poszłam i zauważyłam że przejście przez szatnię, które było o wiele krótsze, było otwarte. Skorzystałam więc z okazji i pobiegłam tamtędy.
        W drodze spotkałam kotkę Filch'a, ale nie miałam się czym martwić, nie mam nic na sumieniu. Zajrzałam do szatni. Zostali tak już tylko Fred i George Weasley'owie, którzy szeptali coś, a gdy mnie ujrzeli, zamknęli pośpiesznie drzwi. Chyba coś kombinują... Pobiegłam, aby nikt mnie nie zobaczył i na zakręcie wpadłam na Harry'ego.
- Och, przepraszam... - wybąkałam.- ja... no ten.. chyba z-zablądziłam... wiesz... - powiedziałam nieśmiało. On był z drużyny, nie mogłam przechadzać się obok szatni drużyn.
- O, cześć.. ee.. Lavender? Daj spokój nic się nie stało, połowa kibiców przechodzi tędy potajemnie, tu jest dwa razy krócej! - uśmiechnął się.
- A ty nie idziesz do zamku?
- Ach, tak, ale zapomniałem swojej miotły, zaczekaj na mnie, wrócimy razem, akurat za dziesięć minut jest kolacja!
- Dobrze... 
         Byłam cała czerwona. Idę właśnie ze sławnym Harry'm Potterem! Nie chodzi mi o to, że jest znany, ale teraz dużo osób go lubi, wierzy, że Voldemort wrócił.
Przez całą drogę rozmawialiśmy głównie o quidditch'u, o Tajfunach, oraz innych znanym drużynach. Niestety      nagle Harry'ego spotkała Hermiona, jego przyjaciółka, więc pożegnaliśmy się przed Dębowymi Drzwiami. W Sali było bardzo mało uczniów, wszyscy mieli w rękach "Proroka Wieczornego" i mieli zaniepokojone miny. 
- Hej, Bonnie, co tam? 
- Wiesz, coraz więcej piszą o tych śmierciożercach, każdy się boi, ja też, w końcu...
- Cii... - uciszyłam ją. Obok naszego stołu szła grupa wrednych ślizgonek na czele z Victorią, mogły nas podsłuchać i " rozpuścić plotkę" , że należałyśmy do Czarnego Pana.
- Okej, okej.. Gdzie ty tak właściwie byłaś? I z kim wracałaś? Widziałam cię, ale byłam tak głodna, że nawet nie czekałam.
- A.. to Harry. Harry P-Potter...
- Uauu, teraz to z nim flirtujesz? - zaczęła się śmiać.
- Oj przestań! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz