W pewien czwartek przyrządziłyśmy z Luną Amortencję. Miałyśmy wszystkie składniki, przepis też, bo jako prefekt mam większe prawa w bibliotece. Poszłyśmy do toalety Jęczącej Marty, która nieustannie nam przeszkadzała swoimi wrzaskami, ale eliksir jakoś się udał.
Jest go tak dużo, że podzielimy się nim, bo jak wiecie, chcę iść z KIMŚ na ten przeklęty bal. Ogólnie to nie przepadam za imprezami oraz przyjęciami, ponieważ nie lubię takiego tłoku oraz hałasów, nie jestem do tego przyzwyczajona.
Rozlałyśmy eliksir do dwóch fiolek po równo i poszłyśmy schować je w dormitorium. Potem wybrałyśmy się na lekcje. Na transmutacji nauczyłam się zmienić człowieka w zwierzę, później poszłam na historię magii, która była tak nudna, że wolałam pogadać z koleżanką. Tak, nienawidzę wręcz historii. Potem były podwójne eliksiry i profesor Bell znów opowiadał nam o sumach. Już niedługo egzaminy a ja jakoś tracę ochotę na naukę. W przerwie obiadowej Luna miała ogromną ochotę wlania Amortencji do kielicha Justina, ale zabroniłam jej, ponieważ byłoby za dużo świadków.
Nadal nie mam pojęcia co dzieje się z Bonnie, nie ma już jej od ponad doby! Zastanawiam się czy nie powiadomić o tym naszego opiekuna, a może nawet dyrektora, ale zaczekam trochę, bo z Bonnie nigdy nic nie wiadomo. Gdy skończyła się przerwa obiadowa, pobiegłyśmy na Wieżę Północną, na lekcję wróżbiarstwa. Z wypracowania na temat przepowiadania snów dostałam W, ale jakoś nie cieszyłam się z kolejnej najlepszej oceny, jak kiedyś. Coraz bardziej nudzą mnie lekcje, a gdy się uczę, poświęcam na to tylko godzinę! Boję się, że stanę się taka jak Bonnie. Gdy wracałam po południu z lekcji, znowu poszłam przez siódme piętro, aby podziwiać gobelin, i znowu natknęłam się na James'a! To chyba jakieś przeznaczenie, zaśmiałam się w duchu. Niestety teraz James szedł z dwoma kolegami, Zachariaszem i Michaelem.
- Cześć, Lavender! - zaczął James - znów się tu spotykamy, co powiesz na to, żebyśmy razem wybrali się do Hogsmeade w sobotę?
- Jasne! Z przyjemnością - odpowiedziałam szybko, byłam chyba szczęśliwa jak nigdy i chyba ... tak, zakochana!
- Będę czekał o 10:00 na dziedzińcu.
- Dobrze. - odpowiedziałam.
- Chodź James, śpieszymy się przecież!- powiedział Zachariasz.
- Okej, chodźmy. To... do zobaczenia, Lavender - uśmiechnął się tak słodko, że aż mi się gorąco zrobiło. Wiem, może to śmieszne, ale prawdziwe.
Resztę dnia spędziłam na rozmyślaniu, jak to świetnie będzie w Hogsmeade. Wszystkie dziewczyny będą mi zazdrościły! Może Bonnie przestanie mnie przezywać ... A, no tak, przecież jej nie ma, zapomniałam.
Piątek minął mi tak nudno, nawet nie będę o nim opowiadać, tylko nauka i nauka. Wieczorem, razem z Luną przygotowałyśmy nasze eliksiry i dokładnie planowałyśmy następny dzień, żeby o niczym nie zapomnieć.
W sobotę rano byłam tak podekscytowana, że prawie bym zapomniała wziąć mojej torby, w której miałam Amortencję. O 10:00 James czekał już na mnie na dziedzińcu.
- Witaj - powiedział do mnie i uśmiechnął się - jak się czujesz?
- Cześć, dobrze, ale martwi mnie jedna rzecz; Bonnie nie ma nigdzie już trzy dni!
- Bonnie? To twoja siostra, tak?
- Przyrodnia - poprawiłam go.
Gdy dotarliśmy, poszliśmy od razu do Trzech Mioteł i usiedliśmy przy stoliku pod oknem. Barman przyniósł nam piwo kremowe, a gdy James poszedł do toalety wlałam mu dyskretnie eliksir miłosny do picia.
Nagle przez okno ujrzałam daleko jakieś postacie w czarnych szatach, które nieco mnie przeraziły. Szła z nimi jakaś młoda dziewczyna, wyglądała mi na uczennicę. Była ubrana inaczej, w sukienkę i buty na wysokim obcasie... to były buty Bonnie! Zaraz, to była Bonnie! Wybiegłam szybko i nawet nie zastanowiłam się, że zostawiłam James'a, ważniejsza była teraz moja siostra, co prawda przyrodnia, ale siostra! I to z kim ona szła.
Schowałam się za drzewem i obserwowałam ich. To było coś w rodzaju zebrania. Gdy się zakończyło wszyscy mieli jakby przerwę i każdy robił co chciał.
- Psss , Bonnie! - Szepnęłam zza drzewa.
- Lavender?! Co ty tu robisz?! - powiedziała cicho. Słyszałam w jej głosie strach. - uciekaj stąd, to niebezpieczne!
- Co TY tu robisz, raczej. Co to za ludzie? To jakaś sekta, czy jak?! - spytałam, byłam naprawdę zaniepokojona.
- To nie żadna sekta... chociaż może... Nieważne, nie twoja sprawa. - powiedziała wymijająco.
- Moja, jak mi nie powiesz, to ja powiem dyrektorowi - powiedziałam z naciskiem na ostatnie słowo.

- Och no dobrze, ale chodźmy gdzieś indziej. - powiedziała. Wiedziałam, że wystraszyła się wydania jej dyrektorowi. A może bała się, że ci ludzie coś jej zrobią?
Poszłyśmy przez jakieś pole, później do lasu.
- Słuchaj, tylko nikomu nie mów. Nie było dla mnie miejsca w Hogwarcie. To nie jest mój ... styl. Nie lubię chodzić na lekcje, do niczego mi się to nie przyda. Uciekłam więc i tutaj spotkałam tych ludzi oraz chłopaka, który zrobił jak ja! Oni nazywają się ... zaraz, mam to zapisane... Ach, tak Śmierciożercami, nie wiem dokładnie co to znaczy, ale podoba mi się ta nazwa. Mamy swojego Pana, nazywa się Voldemort.
- I co robią ci Śmierciożercy? - spytałam nieco zaciekawiona. Spodobało mi się nawet to bardziej od szkoły. Aż sama się sobie dziwiłam.
- Jeszcze tego nie wiem, jestem tu dopiero dzień, razem z nimi. Chodź ze mną, mówię ci, będzie super, zobaczysz! - zaczęła mnie przekonywać i udawało jej się to.
- No nie wiem... ech, niech no zaryzykuję, ale jak mi się nie spodoba to wracamy!
- No dobra... Chodź, przedstawię cię...