czwartek, 17 maja 2012

Lavender

Hej wszystkim, chcę powiedzieć tylko, że
wpisy będą rzadziej dodawane. 
Po prostu nie mam teraz za dużo czasu,
poza tym Bonnie odeszła. 
No to tyle, mam nadzieję, że i tak
będziecie tu zaglądać ^^
Pa ; )
Lavender.

środa, 16 maja 2012

Lavender.

     -Bonnie, nie drzyj się się tak! - weszłam do dormitorium, a Bonnie leżała na ziemi i krzyczała, że wszyscy się do nas zbiegli. Zaczęłam nią trząść, aż się obudziła. Najpierw miała wystraszoną minę, jakby Voldemorta zobaczyła, a w następnej chwili już się śmiała. Jej zachowanie mnie zaniepokoiło, może jest chora? Pomyślałam.
- Hej, co ci się stało?!
- Ach... co? Nie... n-nic... nic się nie stało... wiesz.. ee.. złapał mnie ból i po prostu ... no... - powiedziała. Ach, czy ona mnie nie zna? Przecież widzę, że kłamie.
- Mhm, to może chodźmy do skrzydła szpitalnego, co? - powiedziałam specjalnie.
- Nie, ja się dobrze czuję. - jęknęła szybko.
- Dobra mów.
     Opowiedziała mi o swoim śnie, jak to spotkała Bellatriks i jej siostrę, a potem Voldemort chciał ją zabić i się obudziła. Poszłyśmy do Wielkiej Sali na śniadanie. Wszyscy uczniowie znów byli zatopieni w "Prorokach Codziennych". I tak Ministerstwo przejęło tę gazetę, więc nie czytam tego. To są kłamcy i tyle.
      Nakładałam sobie tosty z serem na talerz, gdy przyleciała moja sowa z wiadomością. Zapewne była od Luny. Ucieszyłam się.
Droga panno Beery.
Z przykrością muszę zawiadomić panią, że została pani pozbawiona swej
odznaki Prefekta i od tej pory jest pani zwykłą uczennicą Hogwartu. 
Decyzja moja spowodowana pani nieodpowiedzialnością.
Z poważaniem
Wielki Inkwizytor,
Dolores Umbridge.
     
       Myślałam, że to jakiś sen. Byłam w szoku. A co powiedzą moi rodzice?! Zawsze byłam najlepsza, a teraz takie coś! A to wszystko przez Bonnie. Postanowiłam, że dziś do nikogo się nie odezwę. Jednak moja decyzja szybko się zmieniła.
- Cześć, Harry!
- Cześć! Co słychać? Wiesz mam takie pytanie... Czy ty też uważasz, że lekcje Umbridge są bez sensu?
      W sumie nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale teraz po tym liście  nawet nie miałam o czym myśleć.
- No jasne, nienawidzę jej! To stara ropucha! Czemu pytasz?
- Bo wiesz... właśnie założyliśmy coś w rodzaju klubu, ja, Ron i Hermiona, to był jej pomysł i muszę przyznać, że jest świetny. Jeśli chcesz to przyjdź w ten weekend do Gospody pod Świńskim Łbem, na pierwsze zebranie, im nas będzie więcej, tym lepiej! Będziemy uczyć się PRAWDZIWEJ obrony przed czarną magią - uśmiechnął się - No, ale teraz muszę iść, bardzo się śpieszę. Cześć!
- Cześć, i oczywiście przyjdę na te zebranie!... - Nie wiem czy to usłyszał, już biegł w stronę błoni.
       Robiłam się coraz gorsza, podczas Obrony przed czarną magią dostałam szlaban u Umbridge za "znieważenie Ministerstwa". Ech... Nienawidzę jej! Był czwartek, 17:00 po południu. Zapukałam do jej drzwi i usłyszałam słodziutkie "proszę!"
Myślałam, że zwymiotuję, jak zobaczyłam jej gabinet. Wszystko, dosłownie wszystko było różowe! Na ścianach wisiały talerze z portretami kotów, każdy był inny i spoglądał na mnie jak na wroga. Prawie jej nie zauważyłam, była ubrana w swoją różową sukienkę, że zmieszała się z tłem. Na jej biurku leżały pióra w metalowej oprawce, różowa filiżanka z herbatą, oczywiście różową. Obok biurka był mały stolik, chyba przygotowany dla mnie. Leżał na nim kawałek pergaminu i pióro, jakieś nowoczesne, nie potrzebny był do niego atrament. To był mój pierwszy taki szlaban, więc nie za bardzo wiedziałam jak się zachować.
- Dzień dobry... - powiedziałam cicho. Starałam się, aby mój głos nie wydał się przyjazny.
- Witaj panno Beery! - uśmiechnęła się do mnie sztucznie. - Siadaj.
- Przepraszam, mam pytanie.
- Mmm? Pytaj. - znów się uśmiechnęła. Myślałam, że mnie szlag trafi! - Właściwie dwa. Czy mogę wiedzieć jak długo potrwa mój szlaban? Dziś Ravenclaw gra o Puchar Quidditcha!
- Ooj, nie, nie, nie - wyszczerzyła zęby jeszcze bardziej - Właśnie na tym polega kara!
- Aha... - powiedziałam. Byłam naprawdę zdenerwowana! - Ach.. i czy mogę wiedzieć, czemu odebrano mi odznakę Prefekta? O ile się nie mylę, to tylko dyrektor ma takie prawo! - powiedziałam odważnie.
- Nie. - powiedziała krótko. - To jest szlaban, więc nie będziemy urządzać pogawędek. - Masz tu pergamin, musisz napisać "Będę szanować Ministerstwo" tak dużo razy, aż porządnie się wchłonie.
     Wiedziałam, co to oznacza. Już wiele osób w szkole opowiadało o tym. Podobno po jakimś czasie zdanie, które miałam pisać, powinno być wyryte na dłoni oraz powinno bardzo boleć. Ku mojemu zdziwieniu tak nie było. Z ulgą odbyłam mój szlaban, co chwilę starając się zerkać przez okno na stadion Quidditch'a, lecz to na nic.
      Wyszłam z jej gabinetu około 23:00, więc od razu popędziłam do swej wieży. W pokoju wspólnym siedziała Bonnie, lecz obiecałam sobie, że nie będę się do niej odzywać, za moje zachowanie. Przeszłam obok niej, jakby nie istniała.
- Lavender! - krzyknęła nieco przerażona. - Spójrz.
       Podeszłam i zerknęłam na "Proroka Wieczornego". Na okładce widniało zdjęcie kobiety. Podpisane było "Narcyza Malfoy - jedna ze śmierciożerców.".
- No... i co? - spytałam znudzona. Jakoś mnie nie ruszyło to, że na okładce było zdjęcie śmierciożercy.
- Przecież to jest matka mojego kolegi! Dracona Malfoy'a! Oni mogą mieć na nas oko!...
      Zamarłam. Nie chciałam do tego wracać. W sumie to zapomniałam już o tym i czułam się sto razy lepiej. Położyłam się do łóżka z myślą, że niedługo mogą mnie dorwać. I co wtedy ...

wtorek, 15 maja 2012

Bonnie.

A no więc Lavender ma nowy obiekt westchnień. Harry Potter? ale sobie wybrała.. myśli, że taki chłopak jak on w ogóle zwróci na nią uwagę? chyba się pomyliła. Weszłam do swojego pokoju. Przebrałam się w moją ukochaną sukienkę bo miałam już dosyć ciągłego noszenia tych szat. Postanowiłam, że pójdę do Hogsmeade. Spacerowałam sobie, poszłam do lasu. Nagle zauważyłam dwie kobiety. Były ubrane w takie same szaty jakie noszą śmierciożercy. Po twarzy zauważyłam, że to była Bellatrix Lestrange! spojrzałam na drugą kobietę. Okazało się że to Narcyza Malfoy. Schowałam się za drzewem i próbowałam podsłuchać co mówiły.
- Siostro.. - odezwała się Narcyza do Bellatrix.
To były siostry? nawet nie miałam o tym pojęcia, nigdy bym się nie domyśliła. Reszty rozmowy niestety nie byłam w stanie usłyszeć, ponieważ szeptały. Wpatrywałam się w dwie śmierciożerczynie. Nagle Bellatrix dostrzegła mnie! o nie! Zaczęłam uciekać, lecz ona trafiła mnie zaklęciem "cruciatus". No to po mnie. Tak strasznie mnie bolało! wrzeszczałam z bólu. Po chwili przestała. Poczułam ogromną ulgę, ale zastanawiałam się czemu przestała? Narcyza i Bellatrix odwróciły się na chwilę, a ja szybko uciekłam. Wróciłam do Hogwartu. Nie powiedziałam nikomu co się stało.. Poszłam do swojego pokoju. Dziś była sobota, więc każdy mógł chodzić i robić co chce lecz nie dosłownie. Lavender nie było w pokoju. Ja rozmyślałam dlaczego Bellatrix przestała mnie torturować.. ale to w sumie bardzo bardzo bardzo dobrze! bo ten ból.. jest nie do opisania. Położyłam się na swoim łóżku. Wszystko mnie nadal bolało, musiałam odpocząć. Zasnęłam. Spałam jakąś godzinę. To wszystko wydawało mi się jakby to był sen.. ale nadal czułam ból, więc to jednak nie był sen. Zeszłam na dół, spotkałam Jeremy'ego.
- O, cześć! dawno nie rozmawialiśmy. - uśmiechnęłam się do niego.
- Bonnie! taak, racja. Wybacz, wiesz, że gram w Quidditch'a i jakoś nie mam czasu : ciągłe treningi, mecze itd.
- Tak, tak rozumiem.. A teraz gdzie idziesz?
- No właśnie.. na trening.
- Eh.. to szkoda. - zasmuciłam się.
- Ej, nie martw się. Możemy spotkać się po moim treningu. Odpowiada ci 16:35?
- Jasne. To do zobaczenia. - uśmiechnęłam się do niego na pożegnanie.
Odszedł. Tak długo z nim nie rozmawiałam! a on woli trening ode mnie..No trudno, spróbuję się z tym pogodzić. Wróciłam do pokoju. Strasznie się nudziłam.. Próbowałam nawet przeczytać książkę. Ale nie mogłam! to takie nudne. Rozmyślałam nad tym co mam robić. Jeremy ma trening, Lavender nie ma.. szkoda, że Rita nie jest już uczennicą Hogwartu.. ona zawsze by znalazła dla mnie czas. Postanowiłam, że znów się gdzieś przejdę. Wyszłam z pokoju i szłam zamyślona. Nagle wpadłam na jakiegoś chłopaka.
- Ej uważaj jak idziesz!! - wrzasnęłam na niego tak głośno jak tylko umiałam.
Popatrzyłam na niego. Pomyślałam sobie "Ale przystojniak!".
- To znaczy.. sorki.. - wybełkotałam coś.
- Ta, jasne spoko.. nic ci nie jest? - spytał z obojętnością w głosie. Spojrzał na mnie i widać było, że zrobiło mu się głupio. Może nie potrzebnie tak na niego nawrzeszczałam?
- Nic..
- To dobrze.. Jestem Draco..
- Ja Bonnie. Wybacz, ale muszę już iść.
Bez namysłu znów poszłam do Hogsmeade. Nie wiem po co tam wróciłam.. chyba z nudów. Trochę się bałam, ale jestem przekonana, że Bellatriks Lestrange już nie ma, tak samo jak jej siostry Narcyzy Malfoy. Miałam wielką ochotę znów iść do lasu. Miałam lekkiego cykora, ale tam jest tyle ciekawych osób! I oczywiście rozmów. Uwielbiam podsłuchiwać, raz podsłuchałam rozmowę Aury i Angeliny, mówiły jak to się im podoba Fred Weasley.. a przecież w szkole udają, że go tak nienawidzą? czyli to tak zwane "końskie zaloty".. Myślałam sobie nad różnymi rzeczami.. na przykład : co robi teraz Lavender, gdzie jest Padma, jak Jeremy'emu poszedł trening, o co pytała Rita Potter'a podczas wywiadu, czemu Percy ze mną nie gada, dlaczego moja przyrodnia siostra zadaję się z Szarą Damą i dlaczego Luna Lovegood jest taka dziwna? tyle tu pytań i chyba na żadne pytanie nie znam odpowiedzi. Weszłam do lasu. Nie widziałam nikogo, ani nie słyszałam żadnych rozmów. Całe szczęście! odetchnęłam z ulgą. Mam nadzieję, że nie spotkam tu żadnego śmierciożercy. Szłam, szłam i szłam. Patrzyłam raz na niebo a raz na drzewa. Myślałam, że już się tu nic ciekawego nie wydarzy, ale.. byłam w błędzie. Nagle poczułam, jak ktoś przystawia mi różdżkę do pleców. Zrobiło mi się gorąco. Odwróciłam się i.. na moje nieszczęście to była Bellatrix Lestrange a za nią Narcyza oraz kilka śmierciożerców. Wśród nich dostrzegłam.. Georga.
- George..- powiedziałam po cichu.
On tylko spojrzał na mnie, znienawidzonym wzrokiem.
- O, to wy się znacie? - Powiedziała ucieszona Bellatrix.
Nie wiem z czego się cieszyła. Według mnie ona jest jakaś chora psychicznie, powinna się leczyć.
Ale bałam się w tej chwili, że znów oberwę zaklęciem "Cruciatus", albo panna Lestrange znów użyje na mnie jakiegoś zaklęcia niewybaczalnego. I się nie myliłam. Odsunęła się o jeden krok ode mnie, wycelowała we mnie różdżką, ja zamknęłam oczy.
- Cruc..- już chciała wypowiedzieć zaklęcie, ale tego nie zrobiła.
Dlaczego?! co się stało?!
Otworzyłam szybko oczy. Zobaczyłam, że.. Voldemort zabrał różdżkę Bellatrix. Ogromnie się przestraszyłam! Czarny Pan stał przede mną. Ale.. dlaczego zabrał jej różdżkę?
- Przestań Bellatrix. Oszczędź dziewczynie cierpień. W końcu należała kiedyś do nas.
Lestrange nic nie powiedziała. Nie wiedziała, że kiedyś należałam do niego. Byłam tam bardzo krótko i nie miałam okazji poznać ani Bellatrix ani Narcyzy.
- Zabijmy ją od razu, po co ma cierpieć. - Odezwał się Voldemort, mówiąc do śmierciożerców.
Oni okrążyli mnie. Nie miałam ucieczki! Każdy wyciągną różdżkę w moją stronę.. nawet George! Patrzyłam mu prosto w oczy, a on jakby się śmiał, że zaraz mam umrzeć! to był jakiś koszmar! Co teraz będzie?! zginę?! Nie! nie chce tak ginąć! nie z ręki Voldemorta!
Zamknęłam szybko oczy. Byłam przygotowana na śmierć. W myślach przepraszałam wszystkich za zło które uczyniłam.
Voldemort wyciągnął różdżkę w moją stronę.
- Avada Keda...
 

poniedziałek, 14 maja 2012

Lavender.

Tak naprawdę miałam to gdzieś, że Peter mnie olał. Chciałam być po prostu miła, ale cóż mogę poradzić, że jestem dobrze wychowana? Specjalnie wkurzyłam się na Bonnie! O nie, już nie jestem milutką, grzeczniutką Lavender, mam tego dosyć, że każdy mnie tak postrzega.
         Luny w szkole teraz nie ma, jej tata, który pracuje w ministerstwie został zaatakowany w czasie pracy, nic jeszcze nie wiem, muszę wysłać list.
         Poszłam więc do sowiarni przez skrót.
- Gotowane Żuki.
         Przywołałam swoją sowę, i włożyłam list do jej dzioba.
Kochana Luno!
Zmartwiłam się tym, że tak nagle opuściłaś Hogwart! 
Mam nadzieję, że niedługo wrócisz, nie ma cię zaledwie dwa dni a tu tyle się działo! 
Niestety nie poszłam na nasz wymarzony bal, podobnie jak ty.
Zostałam trafiona zaklęciem przez przypadek i noc spędziłam w skrzydle szpitalnym.
Z opowieści, słyszałam, że nic się nie działo ciekawego, mam nadzieję, że na następny bal pójdziemy już razem, oczywiście z partnerami!
Nie chcę się rozpisywać, zapewne nie masz teraz głowy do pisania listów, ale jeśli będziesz miała czas, proszę, odpowiedz co dzieje się z twoim tatą!
Pozdrów go de mnie i całą swą rodzinę, trzymaj się
Lavender.
        Patrząc przez okno sowiarni, spojrzałam na boisko quidditcha. Trening mieli teraz gryfoni. Co prawda to nie mój dom, ale chyba popatrzeć mogę. Pobiegłam przez błonia i zajęłam miejsce w najwyższym rzędzie ławek.
       Mecz był bardzo ciekawy, najczęściej śledziłam swym wzrokiem szukającego, Harry'ego Pottera. Może to śmieszne, ale on jest naprawdę świetny! Trening trwał około 2 godzin, tyle spędziłam patrząc na gryfonów. Gdy skończyli, ja również poszłam i zauważyłam że przejście przez szatnię, które było o wiele krótsze, było otwarte. Skorzystałam więc z okazji i pobiegłam tamtędy.
        W drodze spotkałam kotkę Filch'a, ale nie miałam się czym martwić, nie mam nic na sumieniu. Zajrzałam do szatni. Zostali tak już tylko Fred i George Weasley'owie, którzy szeptali coś, a gdy mnie ujrzeli, zamknęli pośpiesznie drzwi. Chyba coś kombinują... Pobiegłam, aby nikt mnie nie zobaczył i na zakręcie wpadłam na Harry'ego.
- Och, przepraszam... - wybąkałam.- ja... no ten.. chyba z-zablądziłam... wiesz... - powiedziałam nieśmiało. On był z drużyny, nie mogłam przechadzać się obok szatni drużyn.
- O, cześć.. ee.. Lavender? Daj spokój nic się nie stało, połowa kibiców przechodzi tędy potajemnie, tu jest dwa razy krócej! - uśmiechnął się.
- A ty nie idziesz do zamku?
- Ach, tak, ale zapomniałem swojej miotły, zaczekaj na mnie, wrócimy razem, akurat za dziesięć minut jest kolacja!
- Dobrze... 
         Byłam cała czerwona. Idę właśnie ze sławnym Harry'm Potterem! Nie chodzi mi o to, że jest znany, ale teraz dużo osób go lubi, wierzy, że Voldemort wrócił.
Przez całą drogę rozmawialiśmy głównie o quidditch'u, o Tajfunach, oraz innych znanym drużynach. Niestety      nagle Harry'ego spotkała Hermiona, jego przyjaciółka, więc pożegnaliśmy się przed Dębowymi Drzwiami. W Sali było bardzo mało uczniów, wszyscy mieli w rękach "Proroka Wieczornego" i mieli zaniepokojone miny. 
- Hej, Bonnie, co tam? 
- Wiesz, coraz więcej piszą o tych śmierciożercach, każdy się boi, ja też, w końcu...
- Cii... - uciszyłam ją. Obok naszego stołu szła grupa wrednych ślizgonek na czele z Victorią, mogły nas podsłuchać i " rozpuścić plotkę" , że należałyśmy do Czarnego Pana.
- Okej, okej.. Gdzie ty tak właściwie byłaś? I z kim wracałaś? Widziałam cię, ale byłam tak głodna, że nawet nie czekałam.
- A.. to Harry. Harry P-Potter...
- Uauu, teraz to z nim flirtujesz? - zaczęła się śmiać.
- Oj przestań! 

Bonnie.

Dziś lekcje zaczynały się o 10:00 dlatego, że wczoraj był bal i musieliśmy się w końcu wyspać. Wstałam o 9:00. Nie mogłam jakoś zasnąć.. ciągle myślałam o tym pocałunku z Jerremy'm i o tej Angelinie.. jak ona mogła?! tak po prostu zwiać! co z niej za tchórz.. wredna szlama. Ubrałam się i umyłam. Lavender jeszcze spała. Zeszłam do pokoju wspólnego. Siedziała tam Rita Skeeter, jedna z moich bliskich przyjaciółek. Dawno się z nią nie widziałam!
- Rita! cześć! - uśmiechnęłam się do znajomej. Co prawda była dużo starsza ode mnie, ale ona jedyna mnie rozumiała.
- Bonnie? ah Bonnie dawno cię nie widziałam! wypiękniałaś! - uśmiechnęła się do mnie.
- Dziękuję Rito! ja ciebie również dawno nie widziałam, niestety..
- A co tam u Vivien? jak miewa się ta twoja mama? kiedy ją ostatnio widziałam, dobrze się miała.
- Wiesz.. nie widuję się z nią. Czasem wysyła do mnie listy..ale tylko tyle.
- Oh, tak mi przykro.
- A tak w ogóle .. to co cię tu sprowadza Rita? - popatrzyłam na nią.
- To chyba oczywiste, że kolejny wywiad! z jakimś ee.. jak mu tam było? chyba miał na imie Harry.. albo Larry.
- Harry Potter?
- Tak tak! to on. Kiedy wreszcie ten Potter przyjdzie tu do pokoju wspólnego?!
- Rita.. ale wiesz, że on nie należy do Ravenclawu tylko do Gryffindoru?
- Na brodę Merlina! wszystko pokręciłam!
- Spokojnie, nic się nie stało. A teraz idź do wierzy wschodniej na siódme piętro. Tam powinnaś znaleźć Harrego Pottera.
- Dziękuję Bonnie! - wzięła swoją torebkę z fotela.
- Nie ma za co, wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Do zobaczenia!
- A więc do zobaczenia Bonnie. - wzięła reszte swoich rzeczy i odeszła.
Wielka szkoda, że już poszła! tak strasznie ją lubię! Zawsze gdy są wakacje i wracamy do swoich domów, Rita odwiedza mnie, pijemy herbatę i obgadujemy każdego kogo popadnie. Wpatrujemy się w okno, patrzymy na przechodniów i krytykujemy wszystkich którzy brzydko się ubrali. Szkoda, że nie jest nauczycielką w Hogwarcie.. albo lepiej! szkoda, że nie jest dyrektorką! szkoła była by lepsza. Z nią nigdy się nie nudzę. Spojrzałam na zegarek. Była już 9:35. Poszłam do swojego pokoju. Lavender już wstała. Była już ubrana i gotowa do lekcji.
- O cześć Lavender. - powiedziałam do niej obojętnym tonem, pakując swoje książki do torby.
- Cześć. Ty już wstałaś? - zdziwiła się.
- Taa, nie mogłam jakoś spać. - zarzuciłam torbę na ramię.
- Za chwilę zaczną się lekcję.. lepiej już chodźmy. - wzięła swoją torbę.
- Jest już 9:40. Mamy jeszcze pare minut. - położyłam się na łóżko.
- Jak chcesz.. ja już pójdę. - chciała już wyjść z pokoju.
- Czekaj! muszę ci coś powiedzieć. - Szybko wstałam z łóżka i zatrzymałam ją.
- Co jest?
Miałam strasznie nie wyparzony język! Wiedziałam, że zaraz nie wytrzymam i powiem jej, że to ja dałam Peter'owi eliksir miłości.
- TO JA!! przyznaję się, to ja!! - krzyknęłam.
- Ale co?! o co ci chodzi?
- No to ja.. to ja dałam Peter'owi eliksir miłości!!
- Co?! jak to?!?! to dlatego, nie chciał się ze mną umówić! - wybiegła z pokoju.
Wiedziałam, że tak będzie. Eh.. no cóż.Pozostało mi tylko pójście już na lekcję. A więc ruszyłam. Sprawdziłam w planie co teraz mamy. Okazało się że to zajęcia z "Czarnej Magii". Nie wiem o co chodziło.. czarna magia? czyli, że rzucamy zaklęcia koloru czarnego?! nie rozumiem tej szkoły.
Weszłam do sali. Nauczyciel skakał z radości że po raz pierwszy nie spóźniłam się na lekcje. Ja się tylko skrzywiłam. Usiadłam obok Padmy. Ławkę dalej siedziała Lavender. Odwróciłam się w jej stronę, lecz ona nawet na mnie nie spojrzała. Całą lekcję spędziłam na obgadywaniu z Padmą chłopaków ze Slytherin'u. Na koniec lekcji wszystkie domy zgromadziły się w Wielkiej Sali by zjeść posiłek. Usiadłam obok Padmy. Na przeciwko mnie siedziała Lavender. Zapewne była na mnie obrażona. Czytała "Proroka Codziennego" . Przeczytała coś i widać było, że jakby się czegoś przestraszyła. Popatrzyła na mnie. W osłupieniu rzuciła mi gazetę pod nos.
Na okładce było napisane :

" Voldemort powrócił! "


a pod spodem  : 


" Voldemort powrócił! Był widziany w Hogsmeade.Zabił kilku niewinnych ludzi. Podąża wraz ze swoją grupą zwaną "śmierciożercami". Udało nam się zdobyć imiona i nazwiska niektórych śmierciożerców :
- Bellatrix Lestrange,
- George Taylor,
- Narcyza Malfoy,
- Lucius Malfoy,
- Katerina Carrey.


Więcej na ten temat nie wiadomo. "


Zamarłam. A co będzie jeśli zaatakują Hogwart?! co jeśli Voldemort nas znajdzie?!?! 
A ten Prorok Codzienny.. czy oni sie nie boją? od tak sobie napisali że powrócił..

niedziela, 13 maja 2012

Lavender.

Leżałam w skrzydle szpitalnym całą noc. Rano wyszłam i pobiegłam prosto do swojej wieży. Cały bal mnie ominął! A wszystko przez tą przeklętą dziewuchę Angelinę! Muszę się zemścić, nie ma innego wyjścia! W pokoju wspólnym zastałam Bonnie leżącą na kanapie w sukni, z rozwaloną fryzurą i rozmazanym makijażu. Nie mogłam powstrzymać się od śmichu więc wybuchłam, aż się obudziła.
- Lavender! Nic ci nie jest?! - podeszła i przytuliła mnie. Byłam zaskoczona. Bonnie, do niedawna mój wróg, teraz o mnie się martwi?
- Nie nic, przecież to tylko drętwota, nic groźnego! - powiedziałam i uśmiechnęłam się.
- Ach, no tak... wiesz, zapomniałam - powiedziała to siląc się na mądrą, ale skłamała.
- Chodźmy na śniadanie, jestem strasznie głodna, a przy okazji opowiesz mi co było na balu!
Przez całą drogę opowiedziała mi jak to niektóre dziewczyny brzydko się ubrały, jak każdy chłopiec prosił ją do tańca i jak Jeremy ją pocałował.
- Więc... to twój chłopak? - wyszczerzyłam zęby.
- No tak, co w tym śmiesznego... Nigdy nie miałaś chłopaka, więc zazdrościsz.
Udałam, że nie słyszę tego co powiedziała, więc wzięłam Proroka Codziennego. Nie uwierzyłam w to, co było tam napisane!

MASOWA UCIECZKA Z AZKABANU
MINISTERSTWO OBAWIA SIĘ, ŻE BLACK 
JEST "SKRZYNKĄ KONTAKTOWĄ" 
DLA BYŁYCH ŚMIERCIOŻERCÓW


Wyczytałam, że uciekło dziesięciu śmierciożerców! W tym ta psychopatka Bellatriks Lestrange! Widziałam, że przy stole gryfonów artykuł ten czytał też Harry ze swoimi przyjaciółmi. Gdy zjadłam śniadanie, odeszłam od stołu i gdy przechodziłam obok gryfonów zatrzymałam się obok trójki przyjaciół.
- Nie martw się, jesteś tu bezpieczny. I nie wierzę, że to wina Black'a - uśmiechnęłam się i poklepałam Harry'ego po ramieniu.
- Eee... tak, dzięki. - powiedział nieśmiało.
            A co z Peterem? W końcu to fajny gość, pójdę do niego, pomyślałam sobie. Zastałam go na dziedzińcu.
- Ee... cześć Peter. Przepraszam za wczoraj, ale zostałam trafiona Drętwotą, położyłam się w skrzydle szpitalnym. Ale może jakoś ci to wynagrodzę? Spotkamy się w sobotę?
- Co? Upadłaś na głowę chyba... pff, nie umawiam się z młodszymi! - i odszedł. Ale ja się wtedy poczułam... Jeszcze na dodatek zauważyłam James'a obściskującego się z tą ropuchą Victorią! Chciałam być sama. Pobiegłam na Wieżę Astronomiczną. Uwielbiam tam siedzieć. Stąd jest takie przepiękny widok na Hogwart... I te góry! No, i rzeka! Mogłabym tu zostać na zawsze! Nie chcę rozstawać się z Hogwartem, to mój dom... Ale za daleko myślami odeszłam. W końcu jeszcze dwa lata nauki! A tak w ogóle, to przez Bonnie zawróciłam sobie w głowie tylko tymi chłopcami! Jedynie Harry wydaje się miły... i taki nieśmiały. 
        Była już późna noc, więc postanowiłam wrócić do wieży. Ten dzień był okropny! Ciekawe, czy jutro wydarzy się coś równie upokarzającego jak dziś...

Bonnie.

Wszyscy byli już na sali balowej. Niektórzy tańczyli inni siedzieli.. Ja stałam obok największego przystojniaka Jeremy'ego. Widziałam, że wszyscy patrzyli na nas z zazdrością. Jedna dziewczyna z Hufflepuff'u ciągle nas obserwowała.Poznałam, że to Angelina. Nigdy z nią nie rozmawiałam, więc nie wiem o co jej chodziło. Próbowałam nie zwracać na nią uwagi, ale ona nie spuszczała z nas wzroku. Działa mi na nerwy.Spojrzałam na nią, a ona na mnie i po chwili poszła w inną stronę.
- Jeremy? - zwróciłam się w jego stronę.
- Co jest, Bonnie? 
- A wiesz.. pójdę na chwilę się czegoś napić. Zaraz przyjdę. Ty też chcesz coś do picia?
- Jasne, nie ma sprawy. Nie, dzięki. Tylko wracaj szybko. - uśmiechnął się do mnie.
- Nie martw się, nie długo będę.
Tak naprawdę postanowiłam, że pójdę za Angeliną. Dogoniłam ją a ona wyciągnęła różdżkę w moją stronę. Wiedziała, że za nią pójdę! to była pułapka. 
- Stawaj do pojedynku! - krzyknęła w moją stronę.
- Co?! oszalałaś! o co ci chodzi?!
Po chwili chciała rzucić we mnie zaklęciem Immobilus, lecz ja szybko go uniknęłam. Najwyraźniej chciała mnie spowolnić bo z tego co pamiętam to zaklęcie unieruchamia ofiarę spowalniając ją. Wyjęłam różdżkę i rzuciłam zaklęcie Drętwota. Nie zauważyłam, że w połowę naszego "pojedynku" wcięła się Lavender i oberwała moim zaklęciem. 
- O nie! Lavender!! - krzyknęłam gdy zobaczyłam jak Lavender upada na ziemię. Wyjęłam szybko książkę z zaklęciami którą zawsze przy sobie miałam i przeczytałam, że drętwota powoduje oszołomienie, czasem utratę przytomności i oczywiście silną drętwotę. Ukucnęłam przy niej. Najwyraźniej zemdlała. Popatrzyłam na Angelinę ze złością a ona przestraszona uciekła. Zauważyłam , że w moją stronę biegnie Jeremy.
- Bonnie! co się stało?! Matt i Kristian powiedzieli mi, że pojedynkujesz się z Angeliną. I co się stało Lavender?! - popatrzył na moją przyrodnią siostrę ze strachem.
- Eh.. nie ważne! A Lavender chyba nic poważnego nie dolega. Musisz mi pomóc zanieść ją do skrzydła szpitalnego!
Bez słowa Jeremy pomógł mi zanieść Lavender. Położyliśmy moją siostrę na łóżku. Zawołałam panią Pomfrey. 
- Zajmę się nią. A wy.. idźcie się dalej bawić. Ale jeśli przyniesiecie mi jeszcze jedną ranną to poskarżę się dyrektorce!
- Dobrze, rozumiem pani Pomfrey. - spuściłam głowę w dół.
- Chodźmy Bonnie. - odparł Jeremy.
- Zaraz do ciebie dołączę. 
- Dobra. Czekam na sali. - wyszedł ze skrzydła szpitalnego i poszedł na salę balową.
Pani Pomfrey zapewne poszła po jakieś antidotum dla Lavender. Ale nigdy by się nic takiego nie wydarzyło.. eh.. to przeze mnie. To moja wina. Nie mogę teraz jej tak po prostu tu zostawić i iść na bal. Usiadłam przy niej. Ale przecież to nie była tylko moja wina! ta Angelina nie dojść że mnie zaatakowała, to jeszcze tak po prostu bez słowa uciekła! szczyt chamstwa.. ale ja tu zostanę.. zostanę tu przy Lavender dopóki się nie obudzi.. mam nadzieję że prędko wyjdzie z tego odrętwienia. Muszę za wszystko przeprosić Jeremy'ego. Siedziałam przy mojej przyrodniej siostrze i czekałam aż się obudzi. Znienacka przyszła pani Pomfrey.
- A ty panno McQueen! dlaczego jeszcze tu jesteś?! Powinnaś się teraz bawić!
- Tak, ale.. to moja wina. To moja wina, że Lavender się tu znalazła.
- Co się właściwie stało? - zapytała zaciekawiona pani Pomfrey.
- Ja.. eh.. ja nie chcę o tym rozmawiać. To była taka dziwna sytuacja..
- Dobrze, więc zmiataj mi już na salę balową! im mniej czarodziejów w skrzydle szpitalnym, tym lepiej. Wy zawsze mi sprawiacie jakieś problemy.
- Przepraszam.. to ja już chyba pójdę. Gdy ona się obudzi, proszę jej powiedzieć, że tu byłam.
- Dobrze, przekażę. A teraz już idź.
Wstałam i poszłam na salę balową. Jeremy tańczył samotnie. Było mi głupio, że musiał na mnie tyle czekać. Prawie wcale nie tańczyliśmy a to wszystko moja wina. Podeszłam do niego.
- Jeremy.. przepraszam. Przepraszam cię, że musiałeś na mnie tyle czekać. W ogóle nie mieliśmy czasu aby potańczyć.
- Spokojnie, nie przejmuj się - Uśmiechnął się.
Po chwili zaczęliśmy tańczyć. Muzyka była wolna, więc nasz taniec też był wolny. On objął mnie w pasie. Tańczyliśmy jeszcze tak przez pare minut i nagle.. on mnie pocałował.. TAK! zawsze o tym marzyłam! nareszcie! Strasznie się ucieszyłam, to było takie miłe uczucie. Oczywiście odwzajemniłam pocałunek. On uśmiechnął się do mnie, a ja do niego. Tańczyliśmy dalej. Rozmyślałam czy Lavender już wstała.. ciekawe jak się czuje?

Lavender.

Nie mogę w to uwierzyć! James i Victoria?! Ta wredna małpa ze Slytherin'u?! To chyba zemsta, za Hogsmeade... Ale przecież byliśmy umówieni na bal! I miałam taką śliczną suknię... Myśli kłębiły mi się po głowie. Siedziałam nad jeziorem, gdy przyleciał do mnie duch Szarej Damy. Była to moja najlepsza przyjaciółka zaraz za Luną.
- Witaj, Lavender - powiedziała do mnie swoim rozmarzonym głosem - co ty tutaj robisz, o tak późnej porze?
- Ach... wiesz, r-rozmyślam s-sobie... - powiedziałam z lekką trudnością, po policzkach spływały mi łzy.
- Wiesz, ja zamiast myśleć, wolę pomarzyć...- powiedziała nadal rozmarzonym głosem i spojrzała się w niebo - zawsze, przed śmiercią, marzyłam o tym, że będę najpiękniejszą dziewczyną w szkole... Będę miała mnóstwo przyjaciółek ... Ale teraz nie żałuję. Cieszę się, że nawet po śmierci mam bliską osobę - ciebie. - mówiąc to nadal patrzyła się w niebo, ale uśmiechnęła się.
- Wiesz, dziękuję ci, jesteś bardzo miła... Na ciebie zawsze mogę liczyć! - powiedziałam. Chciałam być miła, lecz nie bardzo mi to wychodziło, w końcu byłam załamana.
- Taak... - powiedziała i bez słowa odleciała.
Pomyślałam sobie, że nie będę to siedzieć, było mi zimno, a myśleć, to ja wolę w łóżku. Po cichu wróciłam na górę, przez kręte schody, tym razem korytarzem na czwartym, a nie na siódmym piętrze, potem do naszej wieży. Wszyscy już spali. Dobrze, bo nie chciałam, aby ktoś zobaczył mnie w takim stanie. Pobiegłam na górę do dormitorium i od razu położyłam się do łóżka. Po kilku sekundach śniłam już o lekcjach transmutacji - to mój ulubiony przedmiot!
              Rano zbudziła mnie Bonnie.
- Hej, Lavender ! - szepnęła. - no, już, obudź się!
- C-coooo... - odpowiedziałam zaspana. - Czego chce-eeeeeeeesz ? - ziewnęłam.
- Gdzie ty byłaś?! Idziesz dziś na bal?
- Oj, tylko po to mnie budzisz? Daj mi spokój, nie chcę o tym gadać!
- Okej, ale obudź się, bo spóźnisz się na śniadanie! - powiedziała Bonnie.
- Nooo...

                                                                                 **

         Cały dzień spędziłam na czytaniu książki o quidditch'u. Tak, nie wiecie tego, ale to mój ulubiony sport. Zaraz po nim lubię piłkę nożną, ale czarodzieje nie wiedzą, co to jest, więc nie wspominam o tym. Nie jestem w drużynie, ponieważ mam za dużo pracy w szkole, nie miałabym czasu, ale w przyszłym roku pójdę na eliminacje do drużyny. Bardzo chciałabym być szukającą. Zawsze podczas meczów z Gryffindor'em, przyglądam się szukającemu gryfonowi. Poza tym, że jest bardzo dobry, to jest też bardzo przystojny. Znają go chyba wszyscy czarodzieje. Nazywa się Harry Potter. Niedawno chodził z koleżanką z mojego domu, Cho Chang, ale pokłócili się.
          Wieczorem, gdy wszyscy szli już do Wielkiej Sali, ja leżałam na kanapie przy kominku, i w sumie to nic nie robiłam. Patrzyłam się tylko bezmyślnie w ścianę, a raczej sufit. Nagle z dormitorium wybiegła Bonnie.
- Lavender, powiesz mi w końcu czy idziesz na ten bal? - powiedziała poważnym tonem.
- Tak idę, ciekawe tylko z kim?! Może zaproszę zaraz jakiegoś pierwszoroczniaka?! Na pewno się zgodzi! - odpowiedziałam złośliwie. Denerwuje mnie takie zachowanie. Wie, że chłopak, za którym szalałam wystawił mnie, i jeszcze się pyta!
- Jej, tylko pytam... - odpowiedziała nieco urażonym tonem. - Ale wiesz, jakbyś chciała iść... mam dla ciebie partnera... kocha się w tobie od czwartej klasy!
- Co?... Jak ma na imię?
- Ach, tak zapomniałam... Peter.
- Zastanowię się.
Bonnie wyszła przez dziurę w ścianie. Leżałam tak z pół godziny, rozmyślając czy iść na bal, czy może nie. W końcu co mi szkodzi iść? Szkoda żeby taka piękna sukienka się zmarnowała. Nagle wszedł Peter.
- Hej, więc idziemy? - zapytał. Patrzył na mnie tak... wręcz strasznie. Dziwne, jakoś niegdy nie zauważyłam, żeby się mną interesował...
- Tak... Jasne, zaczekaj tu, idę się przebrać.
Wróciłam po pięciu minutach elegancko ubrana, w przepiękną czerwoną sukienkę z haftami. Wzięłam Petera pod rękę i wyszliśmy przez dziurę w ścianie, potem korytarzem na ruchome schody. Przy sali wejściowej profesor McGonagall sprawdzała listę obecności. Usiadłam przy stoliku z Bonnie, która była ze swoim partnerem.
          Wielka Sala wyglądała przepięknie...

Bonnie.

Eh.. kolejny nudny dzień. Trochę żałuję, że odeszłam od śmierciożerców.. ale z drugiej strony co ja bym tam robiła?! przez Lavender George już zapewne nie chce mnie znać, a ja i tak bym się tam zanudziła na śmierć. Już jutro bal, a ja idę z Jeremy'm.. tak strasznie się cieszę! A Lavender, z kim ona idzie? a tak.. z James'em. Nie wiem co ona w nim widzi.. przecież on jest taki nudny! Eh no cóż. Szłam korytarzem i nagle zauważyłam Jamesa całującego się z Victorią! Zauważył mnie i odskoczył od niej jak poparzony.
- Bonnie?! co ty tutaj robisz?! 
- No jak to co! to jest korytarz, chyba wolno mi tu przebywać nie?!
- Ah.. no tak.
Victoria pobiegła w stronę ruchomych schodów. Była ślizgonką, a podobno Slytherin rywalizuję z Gryffindorem. 
- Bonnie.. tylko nic nie mów Lavender! proszę! - popatrzył na mnie z litością w oczach.
- Taa, jasne. Nie ma sprawy. - Powiedziałam sarkastycznie.
Odwróciłam się i poszłam do zachodniej wieży Hogwartu. Weszłam do mojego pokoju. Lavender czytała książkę.
- O Lavender.. dobrze, że cie zastałam..
- A coś się stało? - zapytała zaniepokojona.
- No bo.. widziałam Jamesa jak całował się z.. Victorią.
- CO?!?!? - osłupiała.
Ja nic nie odpowiedziałam. Lavender wybiegła z pokoju z płaczem.
- Lavender! - krzyknęłam do niej, lecz nie usłyszałam odpowiedzi.
Nie pobiegłam za nią, bo zapewne teraz chciała zostać sama. Wiem, że lubi być w samotności dlatego dałam jej spokój. Już jutro bal.. a po tym wszystkim Lavender chyba nie pójdzie z nim ? Nie wiem już sama.. nie lubiłam nigdy mojej przyrodniej siostry. Ale po tych wszystkich zdarzeniach.. myślę, że ta cała nienawiść znikła. Już przez pewien czas nie nazywałam jej ani mugolką ani zdrajczynią krwi.. może sie polubiłyśmy?! nie to chyba niemożliwe..
Zeszłam na dół. Postanowiłam, że jednak poszukam Lavender. Nie było jej w pokoju wspólnym. Poszłam więc na drugie piętro do łazienki dziewcząt. Zastałam tam tylko Jęczącą Martę.
- Ekhem.. Marta? czy nie było tu przypadkiem Lavender?
- Co? kogo? niee.. nikogo tu nie było.. - powiedziała jak zawsze rozpaczliwie.
Opuściłam łazienkę i poszłam do biblioteki. Tam również jej nie zastałam. Zaniepokoiłam się trochę, ale na pewno ona nie zrobiłaby nic głupiego. Znów poszłam do pokoju wspólnego i zastałam tam moją przyjaciółkę Padmę.
- Cześć Padma! Widziałaś gdzieś może Lavender?
- Oh, cześć Bonnie. Nie.. nigdzie jej nie widziałam. Coś się stało?
- A no.. wybiegła z pokoju. Szukałam jej wszędzie i nigdzie jej nie było.
- Rozumiem. - popatrzyła na mnie.
- A tak w ogóle.. która jest godzina? Straciłam rachubę czasu.
Padma spojrzała na zegarek.
- Jest 22:35.
- Już 22?! Eh.. jak szybko mija czas.. mam nadzieję że Lavender nie długo wróci.
-Tak, ja też mam taką nadzieję.
- A tak w ogóle z kim idziesz na bal?
- Ja? z Terry'm. A ty?
- Z Jerremy'm.
- Naprawdę?! Jej.. ale ci zazdroszczę!
- A ja zazdroszczę sobie.
Obie zaczęłyśmy się śmiać.Padma znów spojrzała na zegarek.
- Już 23:10. Kładę się już spać. Trzeba jutro wstać o 7:00. Dobranoc Bonnie.
- Ah, tak.. dobranoc Padma.
Obie ruszyłyśmy do swoich pokoi. Lavender jeszcze nie było. Ja położyłam się już spać, byłam przekonana że nie długo wróci.

Lavender.

Wreszcie! Bonnie zrozumiała. Wróciłyśmy do Hogwartu około północy. Myślałyśmy, że każdy śpi i nawet nikt nas nie zauważy. Myliłyśmy się. W drodze na trzecim piętrze natknęłyśmy się na woźnego, który zaprowadził nas do naszego opiekuna. Dostałyśmy szlaban. Musimy pełnić funkcje nauczyciela z Opieki nad magicznymi zwierzętami - karmimy je. Strasznie się ich boję, a testrale... nie mam pojęcia jak je karmić, przecież ich nie widzę!
        I teraz muszę jakoś załatwić sprawę z Jamesem. Nie jestem pewna czy eliksir jeszcze działa. Postanowiłam pójść na siódme piętro, bo to chyba ulubiony skrót James'a i jego kolegów. Stałam jakieś pół godziny patrząc na gobelin, który już mi się znudził i postanowiłam pójść. Na krętych schodach szedł James. Musiałam jakoś sprawdzić, czy jeszcze mnie " kocha "
- Hej, James! - powiedziałam, zrobiłam słodką minkę i zamrugałam zalotnie oczami.
- Cześć - odpowiedział jakoś tak normalnie. Myślałam, że eliksir będzie jeszcze działał,a teraz nie jestem tego pewna. Musiałam coś wymyślić.
- I co, znalazłeś już partnerkę na bal?
- Co? Aa, nie... Nie szukałem. - powiedział, był zamyślony.
- To... może chcesz iść ze mną? - spytałam specjalnie.
Spojrzał się na mnie jak zamurowany. Dziewczyna zaprosiła go na bal? Dziwne.
- Ee... no, jeśli chcesz...- powiedział niepewnie.
- Okej! Super, jesteśmy umówieni! - powiedziałam, podeszłam do niego i ucałowałam w policzek.
Pobiegłam szybko schodami na dół, przez wiszący most i potem na Wiadukt, gdzie spotkałam Lunę.
- Hej! - podbiegłam i przytuliłam się do przyjaciółki.
- Cześć Lavender! Gdzie ty byłaś? - odpowiedziała Luna z zaciekawieniem.
- Eee ... no ten... ja b-byłam... w Londynie... moja babcia jest ... ciężko ch-chora.
- Ach, tak mi przykro!- odpowiedziała ze współczuciem.
- Nie martw się, nic jej nie będzie. No, a jak z eliksirem? Zadziałał? - zmieniłam szybko temat.
- Tak! Poszło bez problemu. Idę z Justinem na bal! - powiedziała ucieszona. 
- Dobra, to chodźmy, mamy zaraz eliksiry...
                                                                         **
- Bonnie, a co będzie jeśli V-Voldemort nas dopadnie? - szepnęłam przerażona, gdy siedziałyśmy przy kominku.
- Aj przestań o tym mówić! Przecież jesteśmy w Hogwarcie! Tu nam nic nie grozi... I przestań zadawać takie głupie pytania! Jakbyś nie zauważyła, myślę!
- O czym?
- Wiesz... Jeremy zaprosił mnie na bal! Nie wiem, czy dobrze robię...
- Co?! Ten przystojniak zaprosił cię na bal, a ty jeszcze się zastanawiasz? Aj, głupia jesteś...
- Hej, mało chłopaków mi odbiłaś?! Od niego się odczep, dobrze?
- Dobrze, spokojnie...

sobota, 12 maja 2012

Bonnie.

Co?!?! jak to możliwe!! Przecież.. no ale.. nie wierzę! Lavender odbiła mi chłopaka! najprzystojniejszego na świecie, tylko on był mnie wart! nie mogłam już wytrzymać.. musiałam sie rozpłakać.. a łatwo zauważyć, że jestem osobą wrażliwą.Ona zrobiła to specjalnie. To wszystko przez nią! Gdyby jej tu nie było nic by takiego sie nie stało. Eh, no cóż. Ruszyłam przed siebie i nie miałam zamiaru wracać ani do śmierciożerców ani do szkoły. W tej chwili mam myśli samobójcze.. nie wiem co ze sobą zrobić. Wrócę najlepiej do domu.. ale co powie ojciec jeśli się dowie, że uciekłam ze szkoły? i że byłam śmierciożerczynią?! zabije mnie! o nie.. nie mogę nigdzie wrócić.. nie mam dachu nad głową.. a w szkole.. w szkole nikt mi nie wybaczy tego co zrobiłam!
Nagle usłyszałam czyjeś kroki. Odwróciłam się. To była Lavender.
- Co tu robisz?! czemu za mną idziesz?! - wściekłam się. 
-  Oj uspokój się. Ja też już nie chcę tam być. Nie możemy iść razem?! 
- Nie! nigdy ci nie wybaczę, tego co zrobiłaś. - moje oczy zaszkliły się ponownie, na myśl o Georgu.
- Ej.. przestań. Tylko mi tu znów nie płacz. On i tak przecież cie nie lubił.. to znaczy, pewnie cię lubił ale nie odwzajemniał twoich uczuć. 
- Taa.. dzięki za przypomnienie.
- Oh, wybacz, ale co miałam powiedzieć? Prawda boli.
- Dobra, bądź już cicho! możesz ze mną iść ale tylko dlatego, że mi sie przydasz, bo znasz zapewne więcej czarów ode mnie, bo ja w przeciwieństwie do ciebie nie uważam na lekcjach..
- Dobrze, niech będzie i tak. Chodźmy. To wracamy do szkoły tak? - Zapytała.
- Oszalałaś?! dostanę karę na całe życie!
- To chyba lepsze niż błąkanie sie nie wiadomo gdzie?
- Chyba... chyba masz rację. Dobra, to lećmy na miotłach będzie szybciej.
Zrzuciłyśmy czarne szaty śmierciożerców, wsiadłyśmy na miotły i wzbiłyśmy się w powietrze. Leciałyśmy całą drogę w milczeniu. Po kilku godzinach byłyśmy już w Hogwarcie. Oczywiście skrzyczeli mnie wszyscy nauczyciele, dostałam kolejny nowy mundurek. Powiedzieli, że dostanę łagodniejszą karę gdy będę nosiła mundurek. No cóż.. zgodziłam się. Od teraz będę wyglądać obciachowo.. jak wszyscy. Eh, ale cóż ja mogłam poradzić?! Za kilka dni bal, a ja nadal nie mam partnera - tym najbardziej sie przejmowałam. A wracając do kary to musiałam poprawić wszystkie oceny, nosić mundurek oraz pomagać w bibliotece i czyścić umywalki w tej łazience gdzie jest ten okropny duch jęczącej Marty.. ale na szczęście Lavender też nie była bez winy. Musiała razem ze mną czyścić umywalki oraz karmić codziennie magiczne zwierzęta. No więc poszłam do swojego pokoju i założyłam ten wstrętny mundurek.. i zdziwiłam się. Nie był taki zły jak myślałam! pasował do mnie świetnie. Zeszłam do pokoju wspólnego. Siedział tam Jeremy. Był taki przystojny! ciekawe czy ma partnerkę na bal. Usiadłam na fotelu obok niego. On uśmiechnął się do mnie.
- Cześć Bonnie.
- Ah, no cześć Jeremy! - uśmiechnęłam się do niego najładniej jak tylko umiałam.
- A wiesz.. zastanawiałem się.. gdzie w ogóle byłaś?
- Ja.. no wiesz.. em.. błąkałam się tu i tam.. ale zrozumiałam, że muszę zostać w szkole.
- Ehem.. rozumiem. Bonnie, chciałem cię o coś zapytać.
- Jasne, pytaj. Słucham.
- Czy masz partnera na bal?
Oczy mi się zaświeciły.
- N-nie.. nie mam. 
- To świetnie sie składa bo.. ja nie mam partnerki. To wybrałabyś się ze mną na ten bal? - Zapytał z nadzieją w głosie.
- Jeszcze sie pytasz! pewnie. - cała rozpromieniałam. 
Miałam ochotę krzyczeć ze szczęścia.
- Ja już muszę iść. Więc widzimy sie na balu, Bonnie. - Uśmiechnął się do mnie na pożegnanie.
TAAAAAAAAAAK! darłam się w duchu. Nie mogłam przestać sie cieszyć a do mojego pokoju doszłam "cała w skowronkach". Była 23:20. Lavender już spała. Ja też położyłam się już spać. Ten dzień.. był dziwny.. ale jego zakończenie było wspaniałe. Tak sie cieszę że mam partnera na bal! i to jeszcze nie byle kogo! Ah.. tak strasznie się cieszę. Po chwili zasnęłam..

Lavender.

          A więc tak... jestem ... ee... ach tak,  śmierciożercą. Boże, to straszne! Co ja narobiłam?! Przecież jestem prefektem, a właściwie byłam, powinnam dawać przykład innym, a ja... uciekłam tak po prostu i jestem sługą jakiegoś człowieka... jeśli on jest człowiekiem. Jego twarz ... nie chcę o tym myśleć, robi mi się niedobrze.
          Jej! A co z James'em ?! Przecież zostawiłam go w Trzech Miotłach i na dodatek napił się Amortencji! Kocha mnie, ale nie może ze mną być! O nie, teraz to już muszę wrócić! Chociaż poznałam tutaj całkiem miłego chłopca... Taak... George, jego blond włosy i niebieskie oczy... to jest mój ideał. No, i on też jest dla mnie taki miły i patrzy tak na mnie...
           Nie, za dużo marzę. Przecież on jest zły! I ja w sumie teraz też. Och... jak ja tego żałuję ... Ciekawe czy można się stąd "wypisać".
           Leżałam tak na trawie chyba z godzinę i rozmyślałam. Bonnie była gdzieś z naszym Panem, ale za bardzo mnie to nie obchodziło. Podszedł George.
- Hej, co tam ? - spytał mnie i uśmiechnął się prawie tak słodko, jak James.
- Nic ciekawego, rozmyślam sobie. Długo już tu jesteś? Znaczy... długo pracujesz dla Czarnego Pana?
- Hmm. Jakiś rok, a czemu pytasz?
- Z ciekawości, wiesz trochę żałuję, że tu jestem. Boję się i chcę odejść.
George wytrzeszczył oczy.
- Słucham?! Chcesz odejść?! To lepiej się zabij od razu! - " krzyczał cicho" - nie wyobrażasz sobie, w jaką furię by wpadł Voldemort, gdyby usłyszał, że ktoś chce od niego odejść! Ci, którzy tak zrobili, ukrywają się i nie wychodzą. Siedzą po prostu w domu latami, a potem zazwyczaj wariują.
- Nie! - jęknęłam, myślałam, że to jakiś koszmar, że niedługo się obudzę, wezmę książki i pobiegnę na lekcje. Lecz tak nie było. Już za późno. Teraz jestem jego własnością...
- Lavender, mam pytanie ... czy ... masz kogoś? - spytał nieśmiało George.
- Eee... nie, czemu pytasz? - zdziwiłam się.
- A nic, chciałem tylko wiedzieć. Lubię cię.
Na nieszczęście dla mnie, wszystko słyszała Bonnie. Właśnie wróciła, a my jej nie zauważyliśmy. Była tak zła, że ściskała tak czekoladową żabę, którą miała w ręce, aż się udusiła. Bonnie nie zwróciła na to nawet uwagi. Zawsze miała w nosie los innych.
- Cześć! - powiedziała ironicznie - może wam przeszkadzam, co? - była czerwona ze złości jak burak.
- Nie, my tylko rozmawiamy, nie rozumiem o co ci chodzi. - odpowiedziałam wymijająco.
- A o to, że nie jesteście tutaj, by sobie gawędzić, tylko wypełniać misje dla naszego pana! - krzyknęła głośno. Obserwowało nas już wtedy kilka śmierciożerców. Zawstydziłam się. Chciałam zakończyć już to - ten cały teatrzyk z ludźmi w ciemnych pelerynach, którzy mają swego lorda i robią to, czego on tylko zapragnie.
           Następnego dnia obudziłam się bardzo wcześnie. Wszyscy jeszcze spali, więc wpadłam na pomysł.
- Hej, Bonnie! - szepnęłam, a ona się obudziła.
- Czego chcesz?! Jest tak wcześnie! - powiedziała z pretensją.
- Mam pomysł, chodźmy.
           Wyszłyśmy z tajnej skrytki na powietrze. Zaprowadziłam ją nad rzekę, nie chciałam, żeby ktoś nas usłyszał.
- Wiesz co... ja nie chcę tu być. Chcę do Hogwartu, tam jest bezpiecznie, a tu? Jesteśmy takie młode! Co my wyprawiamy?! Więc teraz, gdy wszyscy śpią, możemy uciec. To nasza szansa, później takiej nie będzie.
- Chyba oszalałaś! Jak chcesz, to sobie idź! Najwyżej cię zabiją. Ja nie chcę ryzykować, jest mi tu dobrze. - powiedziała Bonnie. Słyszałam, że gdy mówiła ostatnie zdanie, powiedziała to jakoś niepewnie. Kłamała.
- Sama nie pójdę! - powiedziałam i postanowiłam, że odpuszczę. Prędzej czy później, zrozumie, ze robi źle... Oby tylko prędzej...
          Następnego dnia zostałam w skrytce sama z Georgem i Bonnie. Ona była w nim zakochana, nawet głupi by to dostrzegł. Ale on... jakby odwracał się od niej, jakby wolał moje towarzystwo. Ona ciągle coś do niego mówiła, a on to ignorował. Ona się przytulała do niego " na żarty " , on uciekał z jej objęć.
W końcu stracił panowanie nad sobą.
- Ach, George, jaki ci ładnie w tej czuprynie, naprawdę, aż się dziwię, że nie masz dziewczyny. A te oczy... - powiedziała zalotnie.
- PRZESTAŃ JUŻ! ODCZEP SIĘ ODE MNIE W KOŃCU!
Zamurowało i mnie i ją. George wydawał się sympatycznym i nieśmiałym chłopakiem, aż tu nagle taki wybuch? Bonnie rozpłakała się i wybiegła. Poszłam za nią.
- Ej, no już, przestań płakać, to tylko chłopak. Może jest dziś w złym humorze? Nie martw się!
- Nie! Nie chcę go znać, to ja jestem dla niego miła, a on na mnie się wydziera?! Niedługo może mnie pobije! To koniec, odchodzę!
 Wzięła swoje rzeczy i poszła w stronę lasu...

Bonnie.

W sumie nie wiedziałam czy to dobry pomysł z tym przedstawieniem Lavender śmierciożercom. A jeśli im sie nie spodoba? to co zrobią? Eh.. nie ważne, nie będę się tym przejmowała. Najważniejsze teraz było, żebym miała przy sobie kogoś znajomego. Ale.. chyba nie mogę im powiedzieć że Lavender jest półkrwi.. mówili, że nie tolerują zdrajców.
- Lavender.. - powiedziałam szeptem i spuściłam głowę w dół. 
- Co? coś się stało? - zapytała zza ciekawieniem. 
- Nie, tylko... oni nie tolerują.. no wiesz.. zdrajców krwi - popatrzyłam na nią.
- Jak to?! to może, ja lepiej sie zawrócę.. 
- Nie! już za późno, zauważyli nas. Skłamię i powiem że jesteś czystej krwi - tylko to nam pozostało.
Podeszłam do mojego pana. Na około Voldemorta stali wszyscy śmierciożercy. Nie było ich za wiele, ale najważniejsze, że był tu George. On jest taki przystojny! trzeba go jakoś wyrwać.. tak sie zastanawiam po co ja w ogóle jestem u tych całych śmierciożerców?! co oni robią?! chyba nic.. tylko chodzą i sie obijają ale mi to w sumie odpowiada. Ja byłam tu tylko dla niego.. dla Georga. On był dla mnie najważniejszym celem jeśli można tak powiedzieć.
- Kim jest ta dziewczyna? - zapytał z niepokojem w głosie mój pan.
- To... to moja przyrodnia siostra. Ma na imie Lavender i ona chce sie do nas przyłączyć. - Popatrzyłam ze strachem na Voldemorta. Nie wiedziałam czy Lavender przyjmie Lavender do śmierciożerców..
- Hmm.. a więc zgadzam się. Od teraz Lavender jesteś nową śmierciożerczynią. Im więcej ludzi tym lepiej. 
- To świetnie! dam jej tylko czarną szatę. 
Uff, jak dobrze że nie pytał o czystość jej krwi. A Lavender najwyraźniej bała się odezwać. W sumie sie jej nie dziwię. Poszłyśmy do skrytki śmierciożerców. Moja przyrodnia siostra przebrała się w czarną szatę.
- No.. teraz jesteś jedną z nas. Jesteś śmierciożerczynią, wreszcie jesteś gdzieś, gdzie są ciekawi ludzie. Mam nadzieje że odpuścisz sobie te książki.
Ona nic nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się. Wyszłyśmy ze skrytki. Właściwie nie wiem po co śmierciożercom była ta skrytka. Chyba musieli się przed kimś ukrywać. Sama nie wiem..
- Ah dobrze więc Lavender przedstawię cię największemu przystojniakowi jaki istnieje! chodź!
Pociągnęłam siostrę za rękę i pobiegłyśmy nad rzeczkę. Tam zawsze siedział George.
- George! Cześć! - uśmiechnęłam się. 
On odwrócił się w moją stronę i popatrzył na mnie. Odwzajemnił uśmiech.
- Witaj Bonnie. Kim jest ta dziewczyna ? - zapytał.
Wiedziałam, że o to spyta. 
- Cześć. Mam na imię Lavender i jestem nową.. śmierciożerczynią. - Odezwała sie nieśmiało.
- A więc witaj u śmierciożerców Lavender, miło mi cię poznać. Jestem George.
- Tak, tak.. a więc już sie poznaliście. To dobrze. 
Poszłam na łąkę, która znajdowała się blisko rzeczki. Jednak ani Lavender ani George nie poszli za mną. Rozmawiali ze sobą. O nie! do tego nie mogę dopuścić! A co jeśli ona mi go odbije?! Pobiegłam szybko nad rzeczkę.
- Hej!! chodźcie szybko chcę wam coś pokazać! - krzyknęłam, przerywając im rozmowę. 
Pobiegłam na łąkę a oni za mną. Oczywiście tak naprawdę nie chciałam im niczego pokazać. Po prostu tylko chciałam przerwać im tą pogawędkę.
- O nie.. gdzie to jest.. - powiedziałam zakłopotana.
- Ale co? - zapytała Lavender.
- Była tu taka.. kolorowa ropucha, ale już zniknęła - wymyśliłam coś szybko.
- No cóż.. trudno, ale nigdy nie widziałem kolorowej ropuchy - powiedział George.
- Taa, ja też. - Odpowiedziała moja przyrodnia siostra.
- No to może.. usiądźmy sobie tu. - Usiadłam na trawie. 
- Jasne, czemu nie - uśmiechnął się George i usiadł obok mnie. 
Na końcu usiadła Lavender.. ale.. usiadła obok niego! Jak mogła!! Przecież on jest mój!
A może ja po prostu jestem zazdrosna? nie wiem.. i dlaczego George jest taki dla niej miły?!  Z tego co słyszałam to nie lubi nawiązywać nowych znajomości.  Eh.. nic już na to nie poradzę. Położyłam głowę na ramieniu Georga. On się do mnie uśmiechnął a ja do niego. Szkoda, że była tu Lavender. Może doszłoby do pocałunku, gdyby nie ona. A może on tylko na to czeka ? żeby sobie poszła? Ale niestety.. on się do niej uśmiecha, rozmawiają. Więc chyba ją polubił..

Lavender.

            W pewien czwartek przyrządziłyśmy z Luną Amortencję. Miałyśmy wszystkie składniki, przepis też, bo jako prefekt mam większe prawa w bibliotece. Poszłyśmy do toalety Jęczącej Marty, która nieustannie nam przeszkadzała swoimi wrzaskami, ale eliksir jakoś się udał.
            Jest go tak dużo, że podzielimy się nim, bo jak wiecie, chcę iść z KIMŚ na ten przeklęty bal. Ogólnie to nie przepadam za imprezami oraz przyjęciami, ponieważ nie lubię takiego tłoku oraz hałasów, nie jestem do tego przyzwyczajona.
            Rozlałyśmy eliksir do dwóch fiolek po równo i poszłyśmy schować je w dormitorium. Potem wybrałyśmy się na lekcje. Na transmutacji nauczyłam się zmienić człowieka w zwierzę, później poszłam na historię magii, która była tak nudna, że wolałam pogadać z koleżanką. Tak, nienawidzę wręcz historii. Potem były podwójne eliksiry i profesor Bell znów opowiadał nam o sumach. Już niedługo egzaminy a ja jakoś tracę ochotę na naukę. W przerwie obiadowej Luna miała ogromną ochotę wlania Amortencji do kielicha Justina, ale zabroniłam jej, ponieważ byłoby za dużo świadków.
             Nadal nie mam pojęcia co dzieje się z Bonnie, nie ma już jej od ponad doby! Zastanawiam się czy nie powiadomić o tym naszego opiekuna, a może nawet dyrektora, ale zaczekam trochę, bo z Bonnie nigdy nic nie wiadomo. Gdy skończyła się przerwa obiadowa, pobiegłyśmy na Wieżę Północną, na lekcję wróżbiarstwa. Z wypracowania na temat przepowiadania snów dostałam W, ale jakoś nie cieszyłam się z kolejnej najlepszej oceny, jak kiedyś. Coraz bardziej nudzą mnie lekcje, a gdy się uczę, poświęcam na to tylko godzinę! Boję się, że stanę się taka jak Bonnie. Gdy wracałam po południu z lekcji, znowu poszłam przez siódme piętro, aby podziwiać gobelin, i znowu natknęłam się na James'a! To chyba jakieś przeznaczenie, zaśmiałam się w duchu. Niestety teraz James szedł z dwoma kolegami, Zachariaszem i Michaelem.
- Cześć, Lavender! - zaczął James - znów się tu spotykamy, co powiesz na to, żebyśmy razem wybrali się do Hogsmeade w sobotę?
- Jasne! Z przyjemnością - odpowiedziałam szybko, byłam chyba szczęśliwa jak nigdy i chyba ... tak, zakochana!
- Będę czekał o 10:00 na dziedzińcu.
- Dobrze. - odpowiedziałam.
- Chodź James, śpieszymy się przecież!- powiedział Zachariasz.
- Okej, chodźmy. To... do zobaczenia, Lavender - uśmiechnął się tak słodko, że aż mi się gorąco zrobiło. Wiem, może to śmieszne, ale prawdziwe.
          Resztę dnia spędziłam na rozmyślaniu, jak to świetnie będzie w Hogsmeade. Wszystkie dziewczyny będą mi zazdrościły! Może Bonnie przestanie mnie przezywać ... A, no tak, przecież jej nie ma, zapomniałam.
          Piątek minął mi tak nudno, nawet nie będę o nim opowiadać, tylko nauka i nauka. Wieczorem, razem z Luną przygotowałyśmy nasze eliksiry i dokładnie planowałyśmy następny dzień, żeby o niczym nie zapomnieć.
          W sobotę rano byłam tak podekscytowana, że prawie bym zapomniała wziąć mojej torby, w której miałam Amortencję. O 10:00 James czekał już na mnie na dziedzińcu.
- Witaj - powiedział do mnie i uśmiechnął się - jak się czujesz?
- Cześć, dobrze, ale martwi mnie jedna rzecz; Bonnie nie ma nigdzie już trzy dni!
- Bonnie? To twoja siostra, tak?
- Przyrodnia - poprawiłam go.
            Gdy dotarliśmy, poszliśmy od razu do Trzech Mioteł i usiedliśmy przy stoliku pod oknem. Barman przyniósł nam piwo kremowe, a gdy James poszedł do toalety wlałam mu dyskretnie eliksir miłosny do picia.
            Nagle przez okno ujrzałam daleko jakieś postacie w czarnych szatach, które nieco mnie przeraziły. Szła z nimi jakaś młoda dziewczyna, wyglądała mi na uczennicę. Była ubrana inaczej, w sukienkę i buty na wysokim obcasie... to były buty Bonnie! Zaraz, to była Bonnie! Wybiegłam szybko i nawet nie zastanowiłam się, że zostawiłam James'a, ważniejsza była teraz moja siostra, co prawda przyrodnia, ale siostra! I to z kim ona szła.
            Schowałam się za drzewem i obserwowałam ich. To było coś w rodzaju zebrania. Gdy się zakończyło wszyscy mieli jakby przerwę i każdy robił co chciał.
- Psss , Bonnie! - Szepnęłam zza drzewa.
- Lavender?! Co ty tu robisz?! - powiedziała cicho. Słyszałam w jej głosie strach. - uciekaj stąd, to niebezpieczne!
- Co TY tu robisz, raczej. Co to za ludzie? To jakaś sekta, czy jak?! - spytałam, byłam naprawdę zaniepokojona.
- To nie żadna sekta... chociaż może... Nieważne, nie twoja sprawa. - powiedziała wymijająco.
- Moja, jak mi nie powiesz, to ja powiem dyrektorowi - powiedziałam z naciskiem na ostatnie słowo.
- Och no dobrze, ale chodźmy gdzieś indziej. - powiedziała. Wiedziałam, że wystraszyła się wydania jej dyrektorowi. A może bała się, że ci ludzie coś jej zrobią?
             Poszłyśmy przez jakieś pole, później do lasu.
- Słuchaj, tylko nikomu nie mów. Nie było dla mnie miejsca w Hogwarcie. To nie jest mój ... styl. Nie lubię chodzić na lekcje, do niczego mi się to nie przyda. Uciekłam więc i tutaj spotkałam tych ludzi oraz chłopaka, który zrobił jak ja! Oni nazywają się ... zaraz, mam to zapisane... Ach, tak Śmierciożercami, nie wiem dokładnie co to znaczy, ale podoba mi się ta nazwa. Mamy swojego Pana, nazywa się Voldemort.
- I co robią ci Śmierciożercy? - spytałam nieco zaciekawiona. Spodobało mi się nawet to bardziej od szkoły. Aż sama się sobie dziwiłam.
- Jeszcze tego nie wiem, jestem tu dopiero dzień, razem z nimi. Chodź ze mną, mówię ci, będzie super, zobaczysz! - zaczęła mnie przekonywać i udawało jej się to.
- No nie wiem... ech, niech no zaryzykuję, ale jak mi się nie spodoba to wracamy!
- No dobra... Chodź, przedstawię cię...

piątek, 11 maja 2012

Bonnie.

Nareszcie! Wydostałam się z tej okropnej szkoły! nie było tam dla mnie miejsca. Nigdy już tam nie wrócę! Teraz czuję się naprawdę wolna. Wolna od wszystkich, wolna od wszystkiego. Nie potrzebuję ani rodziny ani przyjaciół. Wystarczy, że mam siebie samą. Od dzisiaj robię co chcę. Zleciałam na ziemię. Zeszłam z miotły. Zatrzymałam się na chwilę w Hogsmeade. Weszłam do jednego z barów, i zjadłam coś na szybko. Nagle zauważyłam że do baru wszedł jeden z nauczycieli z Hogwartu. O nie! trzeba uciekać! Wybiegłam szybko tylnymi drzwiami i uciekłam do pobliskiego lasu. Biegłam szybko przed siebie i nie oglądałam się za siebie. Zatrzymałam się na chwilę by odpocząć i oparłam się o drzewo. Usłyszałam czyjeś głosy. Schowałam się za drzewem i patrzyłam ukradkiem na osoby które prowadziły rozmowę. Byli tam jacyś dziwni ludzie. Jeden był łysy i miał dziwny nos.. właściwie to on chyba nie miał nosa. Był jakiś taki.. wychudzony. Wyglądał przerażająco. Znajdowali się tam też inni ludzie w czarnych szatach. Z ich rozmowy wynikało że nazywają się śmierciożercami i ten najstraszniejszy zwał się Voldemort. Nawet jego imię brzmi strasznie. Uciekłam z tego miejsca i pobiegłam dalej. Szłam jakąś doliną i z daleka zauważyłam rzeczkę. Chciałam zrobić sobie tam kolejny przystanek. Ale.. znów się zatrzymałam, ponieważ zauważyłam pewnego chłopaka. Był bardzo przystojny. Bez wahania podeszłam do niego.
- Cześć. Zgubiłam się tu i szukam drogi. Możesz mi powiedzieć jak dostać się do świata mugoli? Bo w sumie.. to nie wiem gdzie jestem. Czy mogę liczyć na jakąś pomoc? - Popatrzyłam na niego. On był odwrócony do mnie plecami i siedział nad rzeczką. 
- Nie.. nie obchodzą mnie żadni mugole - warknął. Wstał i odwrócił się do mnie twarzą. Spojrzał mi głęboko w oczy.Oniemiałam, nie przepadałam nigdy za blondynami, a tym bardziej za niebieskimi oczami.. ale on... on był zupełnie inny od tych wszystkich chłopaków. Miał to coś w sobie, czego szukałam u każdego chłopaka. 
- Ee.. to znaczy.. - powiedział, jąkając się.
- Chętnie ci pomogę, ale nie w tej chwili. A tak w ogóle, nazywam się George miło mi. - Uśmiechnął się do mnie. Zdziwiłam się, że tak szybko zmienił zdanie.
- A więc witaj George. Moje imię to Bonnie. Mi również miło. - Posłałam mu miły uśmiech.
- Mam wrażenie, że już cię gdzieś widziałam - dodałam.
- Bardzo możliwe.. bo.. uczyłem się kiedyś w Hogwarcie. Czy ty może też tam sie nie uczyłaś? Bo ja również cię skądś kojarzę. Osłupiałam. On uczył się w Hogwarcie?! Ah, tak! to on! przystojniak ze Slytherinu. Już pamiętam..
- Taak, właśnie rzuciłam tą szkołę. A ciebie oczywiście pamiętam, ale znamy się tylko z widzenia. 
- I bardzo dobrze postąpiłaś. Ta szkoła jest pełna szlam i tych wszystkich mugoli, jak oni śmią nazywać się w ogóle czarodziejami?!
Ucieszyłam się, że wreszcie jest osoba która myśli podobnie jak ja. 
- A wiesz.. może chciałabyś wstąpić do.. śmierciożerców? Voldemort.. znaczy.. mój pan Voldemort potrzebuję ludzi i skoro już nie jesteś w tej szkole to może przyłączysz się do nas?
Oczy mi się zaświeciły. Wreszcie gdzieś, gdzie mnie chcą. Gdzie będę szanowana. Przynajmniej tak mi sie wydaje. 
- Tak! zgadzam się, przyłączę się do was.
George i ja poszliśmy do kryjówki Voldemorta, znaczy jego pana. Przedstawiłam się a on z chęcią mnie przyjął! Zdziwiłam się. W ogóle nie miałam pojęcia co oni robią.. ci śmierciożercy. Jedzą śmierć?!?! w sumie nie rozumiem.. ja ogólnie wielu rzeczy nie rozumiem, ale tego.. to już najbardziej. A więc od teraz do tego owego Voldemorta zwracałam się "panie". Trochę dziwnie ale niech będzie. A Hogwart.. zostawiłam w spokoju.. pewnie im tam lepiej beze mnie. Zapewne nawet mnie nikt nie szuka.. a ten nauczyciel w barze? to pewnie tylko przypadek.

Lavender.

W końcu jestem usatysfakcjonowana! Bonnie ma szlaban, a James coraz bardziej mnie zauważa... Jestem taka szczęśliwa! No, i niedługo już bal, ale i tak pewnie mnie nikt nie zaprosi... Bonnie będzie miała kolejny powód do naśmiewania się ze mnie. No ale cóż, dzięki mojej mamusi  takie mam życie.
          Bonnie mnie strasznie irytuje! Ciągle nazywa mnie mugolką, a dobrze wie, że moja mama jest czystej krwi. Poza tym ja nie uznaję czystości. Dla mnie wszyscy ludzie są tacy sami, w sumie niczym się nie różnią. Aha i w mym zeszycie kolejna notka o wizycie Bonnie u dyrektora. Nie wiem, muszę pomyśleć nad kolejnym szlabanem, bo tak dłużej nie może być.
          Nie mam pojęcia gdzie jest Bonnie! Szukałam jej w całej wieży, byłam w Wielkiej Sali, zeszłam nawet do Hangaru na łodzie, byłam i w Wieży Astronomicznej, dosłownie wszędzie! Nawet już pomyślałam, że w bibliotece będzie, ale to była złudna nadzieja. Postanowiłam wrócić do naszej wieży na około, przez siódme piętro. Zawsze lubię podziwiać ten przepiękny gobelin z Barnabarzem Bzikiem. Uczniowie często naśmiewają się z tego czarodzieja i próbują zniszczyć gobelin, ale na szczęście im to nie wychodzi. Według mnie jest taki zabawny! No więc kiedy wychodziłam z siódmego piętra krętą klatką schodową, natknęłam sie na jakiegoś chłopaka. Na początku nie zauważyłam jego twarzy, zajęłam się moimi książkami, które wypadły mi z rąk.
            Wyprostowałam się i nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Był to wysoki, przystojny blondyn, o niebieskich oczach i olśniewającym uśmiechu.
- Eee... cześć, James - wybąknęłam - C-co tam słychać ? - spytałam głupio, nie byłam w stanie wymyślić czegoś lepszego, byłam tak spięta.
- Witaj, u mnie wszystko w porządku, właśnie byłej u jednej dziewczyny, chciałem ją zaprosić na bal, ale ma już partnera... No trudno będę dalej szukał. A u ciebie, wszystko w porządku ?
- Tak, oczywiście. - Nie ma partnerki, pomyślałam, powiem mu, że ja również!- Nie masz z kim iść ? Och, tak mi przykro, ja chyba nie pójdę na ten bal... No wiesz nie mam z kim iść.
- Ooo , to może ... - ale przerwał. Profesor Bell szedł i zaczął mówić coś o wypracowaniu James'a. Głęboko w duchu wpadłam w furię! Akurat w takim momencie! Nie będę tu stać, pomyślałam.
- To może ja już pójdę ... - powiedziałam cicho - cześć, James!
- Cześć... - powiedział.
Tak! Chciał mnie zaprosić i słyszałam ten zawód w jego głosie, gdy mnie żegnał! Ach, chyba dziś nie zasnę, pomyślałam. Pobiegłam dalej, lecz musiałam się wrócić bo przejście następnym korytarzem było zamknięte. Ale warto było przebyć taką drogę, warto!
          Ale gdzie jest Bonnie? Znowu muszę się nią zajmować! Już mam tego dość. Tego ciągłego niańczenia jej. Postanowiłam podjąć się próby drugiego szukania jej, ale to na nic. Straciłam całe 3 godziny! Przez ten czas nauczyłabym się na zaklęcia, napisałabym wypracowanie dla Dickens'a na transmutację i opanowałabym Wywar Tojadowy, ale niee, bo trzeba pilnować Bonnie! Od dzisiaj to koniec. Jeśli nie wróci do wieży przed godziną 21:00 dam jej szlaban i tyle.
                                                                            *
         Dzisiaj, podczas śniadania przybiegła do mnie Luna.
- Cześć Lavender - powiedziała rozmarzonym głosem - mam pewien pomysł.
- Cześć , no ? Opowiadaj! - powiedziałam.
- Nie mogłam spać w nocy więc poszłam na spacer, gdy zauważyłam, że komórka z zapasami eliksirów była otwarta! Zajrzałam do środka i nikogo tam nie było. Postanowiłam wziąć sobie trochę, nikt chyba nie zauważy. Wiesz, że od dawna marzę o sporządzeniu Amortencji! Pomożesz mi ? - powiedziała beztrosko Luna, jak gdyby nigdy nic się nie stało i uśmiechnęła się.
- ŻE CO ZROBIŁAŚ, PRZEPRASZAM?! Jestem prefektem ! Jak mogłaś, powinnam cię surowo ukarać! Coś trzeba z tym zrobić, nie można tak tego ...
- Oj przestań już to tylko tylko kilka drobnych składników, nie rozumiem o co tyle hałasu! - zaperzyła się Luna.
- Kilka drobnych składników?! To przestępstwo! Co się stanie jak ...
- Jeśli nie chcesz mi pomóc, to powiedz. Dziękuję - powiedziała nieco obrażonym tonem i już się odwróciła.
- Oj dobrze, przepraszam... pomogę ci z nim. Ale będziemy go warzyć w toalecie Jęczącej Marty, bo jestem prefektem i nie mogę tak ryzykować.
- Dziękuję ci bardzo, wiesz, że chcę iść z kimś na bal! I mam już plan jak podać go Justinowi.
Opowiedziała mi, że wleje trochę eliksiru do piwa kremowego Justina, gdy w sobotę wybierzemy się do Hogsmeade.
          Bonnie nadal nigdzie nie było ...

Bonnie.

Była 7:00. Lekcja już się zaczęła, a ja dopiero wstałam. W sumie nie obchodziło mnie to, bo nie będę specjalnie wstawała wcześniej aby nie spóźnić się na jakąś głupią lekcje.Ubrałam się i wyglądałam mniej więcej tak :

Bardzo podobał mi się mój dzisiejszy strój. Zawsze wyglądam świetnie. A więc wzięłam torbę z książkami i sprawdziłam na planie lekcji jaki przedmiot ma teraz Ravenclaw. Okazało się, że teraz mamy transmutację. Nie za bardzo wiedziałam co to za przedmiot, ponieważ nigdy nie uważałam na lekcjach. A z resztą.. co mnie obchodzi ta tak zwana transmutacja, pewnie to kolejny nudny przedmiot uwielbiany przez mugolską Lavender. Znów zeszłam po ruchomych schodach i weszłam do sali gdzie odbywała się właśnie lekcja. Nauczycielka wydarła sie na mnie najgłośniej jak tylko mogła oraz skrytykowała mój ubiór. Jestem już do tego przyzwyczajona, więc nie ruszyło mnie to. Usiadłam w ławce obok James'a, chłopaka który bardzo podobał się Lavender. Widziałam jak na niego patrzy. Z pewnością się w nim zakochała, ale nie miała za grosz odwagi by do niego zagadać.On ani troche nie był w moim typie. Przyznaję, był przystojny ale... z charakteru był podobny do tej zdrajczyni krwi.Uwielbiał chodzić do biblioteki i był nudny. Nie miał nic ciekawego do powiedzenia. Ale z pewnością ja mu sie podobałam, bo patrzył na mnie wzrokiem takim, jakim patrzyła na niego Lavender.
-Ej James.. - powiedziałam szeptem w jego stronę.
-Cii! Nie wolno rozmawiać na lekcji, przeszkadza to uczniom oraz nauczycielowi w prowadzeniu lekcji! - powiedział tak cicho, że ledwo usłyszałam.
I w tej chwili mnie zamurowało. W życiu nie słyszałam większej głupoty! jak można nie rozmawiać na lekcji! przecież lekcja jest po to by przeszkadzać nauczycielom. Co za nudziarz.Gdy lekcja sie skończyła, ja po raz kolejny wylądowałam u dyrektorki. Znów zagroziła mi zawieszeniem i dała mi nowy mundurek. Po wyjściu od dyrektorki, spaliłam mój nowy ohydny mundurek. Nagle zauważyłam, że ze złością w oczach idzie do mnie moja mugolska siostra. 
- Zostaw James'a w spokoju!!!! - wykrzyknęła na cały korytarz. Przez chwilę na korytarzu zapanowała cisza, ale po chwili znów było słychać łomoty, rozmowy, huki i inne dźwięki.Ja zaśmiałam się ironicznie i spojrzałam na nią z wyższością. 
- Bo co mi zrobisz? myślisz, że się ciebie boję? - Popatrzyłam na nią z politowaniem. W jej oczach widziałam ogromną złość. Myślałam, że zaraz eksploduje ze złości lub coś.
- Mam tego dosyć! - krzyknęła. - Już dosyć tego! Jestem prefektem i mogę wymierzyć ci karę! Dlatego, będziesz od teraz pomagać w hodowaniu magicznych roślin i nie wolno ci wychodzić z wieży nigdzie, tylko na lekcję i do szklarni by pomóc w hodowli roślin! Twój zakaz trwa aż do balu - czyli 2 tygodnie.
I w tej chwili.. poczułam jak wszystko we mnie pękło. Zrobiła mi coś.. co jest niewybaczalne! jak ona mogła. Przecież wie że nienawidzę zielarstwa. Nienawidzę roślin i jeszcze bardziej nienawidzę jej! Muszę tam chodzić aż 2 tygodnie!! Jestem uziemiona w tym pokoju!!  A tam jest tak nudno!
Pobiegłam do wieży z płaczem. Nie mogłam już dłużej dusić w sobie emocji. Ona zrobiła mi coś, co jest okrutniejsze od.. od wszystkiego! Z całego serca jej nienawidzę!
Weszłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko. Płakałam w poduszkę, a mój makijaż rozmazał się. Czarne krople łez leciały mi po policzkach a ja myślałam tylko o zemście. Wszyscy mugole są tacy!  nienawidzą czarodziejów bo są od nich lepsi. Ona zawsze taka była! gorsza ode mnie! tylko przy swojej matce i przy moim ojcu udawała taką grzeczną! Mam jej dość. Spakowałam swoje rzeczy i postanowiłam , że ucieknę z Hogwartu.Wytarłam łzy i poprawiłam makijaż. Znalazłam w książce Lavender silne zaklęcie które potrafi złamać ochronny czar Hogwartu. Ukradłam jedną z najpotężniejszych różdżek w skrytce. Było to proste, ponieważ strażnikom różdżki bardzo się spodobałam. Wyszłam na podwórze i wypowiedziałam zaklęcie. Cały czar ochrony Hogwartu prysł. A ja mogłam już spokojnie uciec. Wzięłam miotłę i wzbiłam się wysoko w powietrze w stronę wyjścia z Hogwartu.

Lavender.

Ekhem.. no to cześć.  Może od początku powiem, jak to moje życie zamieniło się w istne piekło.
       Pewnego letniego wieczoru leżałam w łóżku i czytałam książkę, co jest moją pasją. W naszym domu zawsze panuje cisza i spokój, co bardzo mi odpowiada, ponieważ mogę się skupić w nauce. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Usłyszałam jakieś głosy i łomoty. Zbiegłam na dół i nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam!
       Była to ta Bonnie, wraz ze swoim ojcem, ale to jeszcze nic. Mieli pełno walizek i toreb ze sobą!
- Co to ma znaczyć?! - krzyknęłam zdenerwowana.
- No, no, ładne powitanie - zadrwił ojciec Bonnie, Severus.
- Przepraszam .. - powiedziałam od niechcenia - a więc .. ee.. witajcie - bąknęłam - a teraz, powiecie mi co znaczą te wszystkie torby ?!
- Kochanie, nie miałam czasu ci jeszcze tego powiedzieć .. wiesz, Bonnie i jej tata .. ee.. zamieszkają z ... nami - powiedziała nieśmiało moja mama.
         Nie mogłam  uwierzyć w to co usłyszałam. Nowy " tata " ? Nie.. Tak długo zbierałam się po rozwodzie rodziców, moja mama z resztą też i teraz takie coś?! I jeszcze ta Bonnie, która ma obsesję na punkcie czystej krwi! Ech.. co z tego, że mój tata był mugolem? Przecież to nie jest ważne, ważne było, że kochał magię.
- Tak, dobrze, ale Bonnie? Gdzie będzie mieszkała? - zapytałam z nadzieją, wiedziałam, że nie ma już wolnych pokoi.
- No chyba przyjmiesz swoją siostrę do siebie ? - powiedziała mama z naciskiem na ostatnie słowa.
- Jak to ?! - wybuchłam, nie mogłam już dłużej być "uprzejma" - Ona?! Razem ze mną? To chyba jakieś żarty! Każdy wie, że ona mnie nie znosi!
- Oj, przepraszam, bardzo cię lubię, nie wiem o co ci chodzi - powiedziała Bonnie, a gdy rodzice poszli do pokoju, uśmiechnęła się złośliwie. Nie mówiła poważnie, lecz moją mamę tak zaślepiła miłość, że nawet tego nie zauważyła.
          Poszłyśmy więc razem do mojego pokoju, bo cóż na to poradzić. Najgorsze było to, że musiałam połowę swoich książek wynieść do garażu, bo oczywiście dla Bonnie było za mało miejsca! I tak przez miesiąc dzieliłyśmy razem pokój.
          Jestem półkrwi, jak wiecie, więc wiedziałam, że dostanę list do Hogwartu, który przyszedł do mnie pod koniec lipca.
          No i tak do dzisiaj, wszędzie muszę być z Bonnie. Los był tak okrutny, że przydzielił nas do tego samego domu! Pięć lat z nią pod jednym dachem! To straszne. Bonnie jest tak zarozumiała, tylko chłopcy jej w głowie. Nie myśli o nauce, o tym co będzie w przyszłości, no tak, w końcu jej tata jest tak bogaty, że nie musi nic robić! Nie mogę sobie tego wyobrazić, przecież dzień bez przeczytania książki jest dniem straconym!
         Wczoraj na przykład, Bonnie po raz setny wylądowała u dyrektora. Tak, setny, liczę te " miłe " wizyty. Mam specjalny notes, ona oczywiście o tym nie wie i dobrze.
          Pewnie myślicie, że ze mnie straszna nudziara. Ale tak nie jest. Nie tylko książki mi w głowie, ale nikt o tym nie wie, poza moją przyjaciółką Luną. Jest taki chłopiec, James. Bardzo mi się podoba, ale połowa dziewczyn w szkole się w nim podkochuje. Poza tym jest w Gryffindorze, więc trudno o jakiś kontakt z nim. Ale pewnego razu, pomógł mi poukładać książki w bibliotece, ponieważ jesteśmy oboje prefektami. Pamiętam ten dzień do dziś ... No, ale nie ma co marzyć, jest już późno, a ja muszę odrobić pracę domową z transmutacji! Jest po dziewiątej, a Bonnie nie ma jeszcze w naszej wieży. Chyba będę zmuszona dać jej karę jako prefekt! Taak, ona  zapamięta dobrze ten dzień...
 Lavender.

czwartek, 10 maja 2012

Bonnie.

Bonnie :

Obudziłam się o 4:00. Jakoś nie mogłam spać. Mieszkałam na czas szkoły oczywiście w Hogwarcie. Obecnie mój pokój znajduję się w zachodniej wieży Hogwartu. Mieszkają tam ci, którzy zostali przyjęci do Ravenclaw'u. Nawet się ucieszyłam, ale.. niestety moja okrutnie dziwna przyrodnia siostra Lavender, też została przyjęta do Ravenclaw'u. Było by nawet wszystko w porządku gdyby nie to, że.. MUSZĘ DZIELIĆ Z NIĄ POKÓJ! Eh.. to okrutne. Gdy dowiedziałam się że będę musiała z nią tu mieszkać, od razu napisałam list do taty. Oczywiście byłam oburzona, że ta zdrajczyni krwi musi mieszkać akurat ze mną.Ale ojciec nie zwracał uwagi na to co o niej mówię i myślę. W ogóle go nie obchodziłam, tylko ta jego nowa żoneczka - matka Lavender. Nie ukrywam, że jesteśmy bogaci i ona zapewne leci tylko na jego kasę. Tak samo ta Lavender. Ogólnie mam ogromny żal do ojca i do mojej matki. Gdyby nie ich rozwód wszystko by było tak jak wcześniej. Nie musiałabym w ogóle znać mojej mugolskiej siostry przyrodniej i nie musiałabym też znać tej jej matki.A wracając do Hogwartu, to o 7:00 zaczyna się lekcja. Obecnie jest 4:45, a ja siedzę tu w pokoju, z największym kujonem jakiego znam : Lavender Beery.Nienawidzę tego, że ona zawsze wszystko wie! A ja.. chyba nie wiem nic. No cóż, jakoś specjalnie nie obchodzi mnie ta szkoła, a tym bardziej zdrajcy czystej krwi.Przespałam się jeszcze 2 godziny. Była 6:10. Lavender siedziała na łóżku już ubrana w niemodny mundurek, ten który każą nam nosić w Hogwarcie, i czytała książkę. Ja udawałam, że śpię, a tak naprawdę obserwowałam ją cały czas. Ona tylko czytała książki. Co za nuda..Minęła godzina. Czas lekcji. Ubrałam się szybko, ale nie w ten obciachowy mundurek tylko w moje ukochane ciuchy :

 

   Uwielbiam elegancko się ubierać. Kocham obcasy i różne dodatki. Natomiast Lavender przestrzegała wszystkich zasad jakie istniały i ubierała się w okropny mundurek szkolny. o 7:30 ubrałam się, umyłam i spakowałam książki. Lekcja już dawno trwała a ja dopiero wyszłam. Zeszłam po ruchomych schodach i pobiegłam na lekcję. Nauczyciel jak zwykle na mnie nawrzeszczał. Nawet nie pamiętałam jak ma na imię, a tym bardziej jak ma nazwisko, ponieważ mało mnie to interesowało. Nie miałam pojęcia jaka jest teraz lekcja i jakie książki wyjąć. No cóż, trudno. Lekcję przesiedziałam gadając z koleżanką z ławki i flirtując z chłopakami. Gdy skończyła się lekcja. Od razu wyszłam z klasy, jednak nauczyciel mnie zatrzymał i kazał po raz setny iść do dyrektorki. Poszłam od niej i wytłumaczyłam że spóźniłam się już chyba tysięczny raz, dlatego, że musiałam się wyszykować. Zagroziła mi wyrzuceniem z Hogwartu, za to że się ciągle spóźniam i że nie noszę szat. Wyszłam od dyrektorki i poszłam do pokoju wspólnego. Plotkowałam tam godzinę z Krukonami. Po chwili poszłam do biblioteki. Oczywiście na pokaz, bo nie czytam książek. Zastałam tam Lavender. Przesiaduje tam ile tylko może. Na mój widok bardzo się zdziwiła. Ale nie odezwała się ani słowem, ponieważ ona jest kulturalna - jak to nazwała. Wzięłam jakąś książkę i udawałam, że czytam, żeby wszyscy widzieli, że jednak się uczę. Po 5 minutach wyszłam z biblioteki bo nie mogłam wytrzymać dłużej w ciszy. A tam jest naprawdę cicho! Chodziłam sobie i biegałam po korytarzu jeszcze tak z godzinę. Była już 21:55. Poszłam do swojego pokoju, umyłam się, przebrałam się w moją piżamę i położyłam się do łóżka. Nagle Lavender weszła do pokoju. Pewnie dopiero wróciła z biblioteki. Pff, co za kujonka, nie cierpię jej. Jest nudniejsza od książek. Umyła się, przebrała w obciachową piżamę, przeczytała w bardzo szybkim tempie książkę i usnęła. Ja i Lavender, tak naprawdę prawie nigdy nie rozmawiamy. Myślę, że to dobrze, bo pewnie zanudziła by mnie na śmierć.Po chwili usnęłam i ja. Tak zakończył się mój dzisiejszy dzień. Był nudny jak zwykle. Ale może jutro wydarzy się coś ciekawego..